sobota, 3 października 2015

Darmowy fragment EPERU :) Aż 4 rozdziały!!! Kto się waha, polecam zajrzeć...

Jak wspomniałam powyżej, podaję link do darmowego fragmentu EPERU 



I jeszcze informacja i prośba zarazem. 30 września wystartował Konkurs na Książkę Jesieni. 
Moja debiutancka powieść również w nim startuje. 
Będę wdzięczna za każdy głos. 
EPERU znajdziecie w dziale książek dla młodzieży.
Warto wziąć udział w konkursie (sporo nagród książkowych do wygrania). 



I ostatnia informacja. Wkrótce na moim fanpage wielki konkurs z okazji zbliżających się 1000 polubień. Brakuje raptem 25 Osób ;)
A w konkursie do wygrania: 5 przepięknych bransoletek (podobnych do tej ze zdjęcia), 3 kubeczki Eperu (jak na fotce) i 2 egzemplarze książki Eperu...



Mam nadzieję, że w poniedziałek będę mogła wystartować z konkursem. Pomożecie? 







Pozdrawiam Was serdecznie :) 
Augusta. 

piątek, 25 września 2015

"Pan Zasadowicz i serce" (opowiadanie). Zapraszam :)

Pan Zasadowicz i serce




To było tego dnia, kiedy wiadomo, że coś się wydarzy. Ja z Panem Mężem wybraliśmy się na tańce. Może to była klubowa dyskoteka, a może bal u księcia Filipa lub zabawa w karczmie. Nie pamiętam. Kojarzę jedynie solidne, dębowe stoły na skrzyżowanych nogach, zastawione suto jadłem i napitkiem, więc raczej karczma.
Miał na imię Adam. Mówię o Panu Zasadowiczu. Tak się przedstawił, chociaż nie mam pojęcia, kiedy to się stało. Czyżby przekazał mi to telepatycznie?
Nie był sam. Nie pamiętam jego kolegi, jedynie kraciastą koszulę z czymś niebieskim. Tak, to była biała koszula w niebieską kratę i opadające nań włosy. Dłuższe, blond. Chyba tyle.
Przechodziłam pierwszy raz i wtedy ich zobaczyłam: stali oparci o ladę i coś popijali, patrząc na przechodzące mimo nich kobiety. Taksowali je wzrokiem, śmiali się, czasami coś do siebie powiedzieli, wzruszając brwiami lub ramionami. Lub tym i tym.
Gdy drugi raz ich mijałam, bo Pan Mąż wysłał mnie po coś, ten w kraciastej koszuli zniknął. Został tylko Pan Zasadowicz. Zaczepił mnie. Chwycił za ramię i popatrzył przez moment prosto w twarz. Był cudowny, młody, świeży. Rude kędziory wiły się wokół jego głowy, a nisko osadzone oczy patrzyły na poły gniewnie, na poły z jakąś dziwną tkliwością.
- Czy już mówiłem, że jesteś piękna? - Musnął wierzchem dłoni mój policzek.
Nie odpowiedziałam. Nadal wpatrywałam się w niego. Miał krótką szczeciniastą bródkę porastającą zbyt wydatną szczękę, długi wąski nos, wywinięte wargi. Pełne, ciemnoróżowe i wilgotne. Połyskujące w ciemnościach światłem odbitym z kopcących świec.
Zaszumiało mi w głowie. Odruchowo przygładziłam fryzurę. Byłam brunetką. Codziennie długo się czesałam, a później wcierałam w idealnie proste włosy specjalną pomadę z oleju kokosowego. Lśniły wtedy jak tafla lustra, choć nie powiem: nieco je to sklejało.
- Piękna? - pomyślałam.
Czy ja byłam piękna? Może kiedyś, gdy miałam tyle lat, ile mógł mieć on. Pan Zasadowicz. Teraz zbliżałam się do czterdziestki. Owszem moja buzia nadal była gładziutka, biała i zachowała owalny kształt, a figura nieskalana ciążami prezentowała się nieźle. Nawet moje oczy jeszcze nie umarły. Czasami odkrywałam w nich błysk słonecznych promieni odbijających się od kamieni, po których płynie wartki potok źródlanej wody. Ale nie codziennie. Tylko czasami.
Jeszcze raz przygładziłam fryzurę. Znajomy gest mnie uspokajał. Poczułam między opuszkami palców charakterystyczną śliskość olejku. Przytknęłam je do nosa. Zabrałam głęboko powietrze. Kokosowy aromat wpadł do płuc oblepiając je swoją słodyczą, wyczuwalną w gardle i na końcu języka.
- Chodź za mną - powiedział Pan Zasadowicz.
Niosłam coś dla Pana Męża. Odłożyłam tacę z tym czymś na pobliski stół, chwyciłam spódnicę i pospiesznie podążyłam za młodzieńcem. Z trudem przeciskaliśmy się przez tłum. Pojedyncze znajome twarze błyskały jak flesze, uśmiechałam się do nich, a może sama do siebie? W dole brzucha coś łaskotało, było ciepłe jak zupa i rozlewało swoją energię po całych trzewiach.
Wyszliśmy na zewnątrz. Zerknęłam na ramiona przykryte grubą wełnianą peleryną. Nie pamiętam, czy należała do mnie. Pan Zasadowicz ścisnął moją dłoń. Przez chwilę oboje patrzyliśmy na nasze złączone ręce. Chwilę później nie miałam już rękawiczki. Zwinęłam ją w kulkę i włożyłam do kieszeni. Chciałam czuć parzącą skórę mężczyzny.
Spacerowaliśmy bez celu i bez słowa. Tylko satynowa spódnica z każdym krokiem odpowiadała głośnym szelestem: szur, szur, szur... Wiedziałam, że po powrocie do domu, z tyłu, na brzegu tiulowej halki zbiorą się popielate grudki zamarzniętego błota. Lubiłam je wyskubywać, zanim rozpuszczone ostatecznie będą przypominać coś bardzo smutnego: łzy zmieszane z kurzem wspomnień.
Zatrzymał nas jakiś patrol. Pan Zasadowicz uciekał wzrokiem, gdy go legitymowali. Popchnął mnie i powiedział, żebym dalej poszła sama. Nad brzeg kanału. Pomyślałam wtedy, że już go nie zobaczę, ale posłusznie opuściłam gromadkę mężczyzn i skierowałam w stronę kanału portowego.
 Czy już mówiłam, że nam się wymknął? Pan Zasadowicz?
Kucnęłam i zanurzyłam dłoń w wodzie. Była lodowata. Przeszyła moje serce, które nagle zmieniło się w kamień. Chwilę czekałam. Zaczynało świtać. Jakaś kobieta przemknęła tuż obok. Niosła wielki wiklinowy kosz, pełen pary buchającej z jej ust. Wyprostowałam się i powoli ruszyłam do domu. Po drodze spotkałam dwóch weteranów wojennych. Sprzedawali jakieś stare odznaki. Miałam przy sobie tylko kilka monet, pewnie dlatego za mój datek nic nie otrzymałam.
Kilka minut później nagle przypomniałam sobie słowa Pana Zasadowicza. Spośród fałdów spódnicy wyszperałam telefon. Był! Rzeczywiście miałam jego numer! Wpisał się do kontaktów tylko nazwiskiem. Kiedy to zrobił? Zachodziłam w głowę. Może to jego przyjaciel? Pewnie nie zauważyłam, kiedy wyjął aparat. Trzeba przyznać, że miał sprawne dłonie.
Co Pana kręci, Panie Zasadowicz? - wystukałam zgrabiałymi palcami. Chyba chciałam go sprowokować. Sprawić, żeby mnie odnalazł, zaintrygować, wzbudzić w nim to samo, co czułam: tępy ból w dole brzucha.
Serce - odpowiedział po sekundzie telefon.
Ruszyłam dalej. Dotarłam do domu. Pan Mąż już wrócił. Spał jak zabity. Położyłam się obok niego i zasnęłam.


- Gdzie byłaś?
- Na spacerze. Wybacz, chyba za dużo reńskiego wina.
- Nie będę robił ci wyrzutów - stwierdził z miną kogoś, kto również przesadził z alkoholem.
W południe zjedliśmy obiad. Jak zawsze, w każdą niedzielę pani Szmidt podała rostbef w formie idealnie podobnych do siebie steków. Kryształowy żyrandol wiszący nad stołem odbijał się w żurawinowym sosie. Szkło kieliszków brzęczało, jak mucha uwięziona w okiennej niszy.
Popołudnie, czyli herbata. I ciasteczka. Okrągłe, z grubym niemieckim cukrem, zbieranym w lecie zaraz po gradowej burzy.
Kolacja. Nie pamiętam.
Tkwiłam w śnie. W każdym półmisku widziałam śnieżnobiałe zęby Pana Zasadowicza, w liściach szpinaku jego zgnito-zielone oczy, w karmelowych nitkach zdobiących deser niesforną czuprynę, a w kandyzowanych wiśniach słodko wydęte wargi.
Moja wieczorna toaleta pochłaniała równiutką godzinę. Dzisiaj ta godzina rozciągła się do dwóch. Z lubością moczyłam się w wannie, później przyszedł czas na włosy. Znów tak obficie natarłam je olejkami, że gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, poczułam jak się przykleja i powoli przesiąka niespieralnym tłuszczem. Pani Szmidt na pewno będzie sarkać, pomyślałam, zamykając oczy.
Obudził mnie oddech. Nie znałam go. Był inny, niż ten do którego przywykłam przez bez mała dwadzieścia ostatnich lat. Otwarłam oczy i lekko uniosłam się na przedramionach. Na skraju materaca, tuż przy moich stopach, siedział Pan Zasadowicz. Jego włosy lśniły zimną poświatą. Pełnia, zauważyłam przez moment zerkając w stronę okna.
Odwróciłam wzrok w prawo. Pan Mąż leżał nieruchomo. Wychodzi na to, że go kocham, uznałam w myślach, gdy po chwili (z wyraźną ulgą) dostrzegłam, że żyje. Jego pierś unosiła się niemrawo, a w gardle zamiast swojskiego chrapania panowała dziwna cisza.
- Przepraszam. - Pan Zasadowicz pokazał mi kłąb waty. - Musiałem.
- Eter? - spytałam, nie licząc na odpowiedź.
- Czy już mówiłem, że jesteś piękna? - odpowiedział pytaniem.
- Teraz ja?
Nie spuszczałam oczu z jego dłoni.
Mrugałam uparcie, bo obraz coraz bardziej się zamazywał.
Nagle Pan Zasadowicz schował biały kłębuszek do kieszeni marynarki i podniósł się z łóżka. Przeszedł na drugą stronę łoża i bez większego wysiłku zrzucił Pana Męża na podłogę. Chwycił go krzepko pod pachy i zerknął na mnie pytająco.
- Tam. - Wskazałam mu brodą drzwi do niewielkiej garderoby, przylegającej do naszej małżeńskiej sypialni. - Proszę go przykryć pledem. Łatwo się przeziębia.
Wrócił szybko, zdjął marynarkę i rzucił ją na blat toaletki. Powoli rozpinał koszulę zaczynając od mankietów. Inaczej niż Pan Mąż, który najpierw rozpinał guziczek przy kołnierzu. Później buty, skarpetki, spodnie, bielizna. Wszystko piętrzyło się teraz wśród moich szczotek i buteleczek z olejkami.
Pan Zasadowicz podszedł i znów usiadł na brzegu łóżka, ale tym razem znacznie bliżej mojej głowy. Nachylił się lekko i spytał równie lekko:
- Chcesz się kochać, pieprzyć, a może mam cię wychędożyć?
- Muszę wybrać? - Zagryzłam wargę.
- Nie musisz.
Odsunął kołdrę.
Spuściłam wzrok na piersi. Falowały, niczym ocean przykryty białym całunem mgły. Po chwili dostrzegłam dwie męskie dłonie. Były równie jasne i opalizujące, jak satyna mojej nocnej koszuli.
Tkanina z trzaskiem oznajmiła, że nie podoba się jej takie traktowanie.
- Co teraz? - spytałam.
Nikt mi nie odpowiedział. Koszula pewnie się obraziła. Leżała bezwładnie, a jej zrolowane brzegi powoli zamieniały się w klasyczne papiloty, choć w metrażu.
Pan Zasadowicz zbliżył twarz do moich obnażonych piersi. Wysunął koniuszek języka i obrysował nim każdą z brodawek. Ciężki oddech wyślizgiwał się spomiędzy jego twarzy a mojej skóry. Zapach upajał. Pomyślałam, że tym oddechem mógłby mnie tak samo zaczarować, jak eterem zmienił Pana Męża w cichego śpiocha.
Moje białe palce z rozkoszą zabłądziły w rudych kosmykach. Bezwiednie rozsunęłam nogi. Pan Zasadowicz wszedł we mnie leniwie. Oplotłam go, krzyżując stopy na najładniejszym miejscu jego ciała. Dwa zachęcające wgłębienia nad pośladkami zauważyłam zaraz, gdy zdjął spodnie. Płynęliśmy, otuleni sobą jak dwie kity: jedna rdzawa i lisia, a druga jak ogon karej klaczy. Po moich policzkach przebiegały wiśniowe wargi, łapczywie zlizując każdą najmniejszą kropelkę.
- Nie płacz, jestem przy tobie, moje serce. Kocham cię...  - słodki głos sączył wyznania.
- Och...  - jęknęłam, czując nadchodzące spełnienie.
Nagle przyspieszył. Wyprostował ręce. Poduszka westchnęła pod naciskiem jego pięści. Pod prawą zaplątał się kosmyk czarnych włosów. Zabolało. Syknęłam. Pan Zasadowicz natychmiast pozwolił mu się wydostać. Zacisnął palce na moich dłoniach. Pierścionki zazgrzytały o siebie. 
Plask, plask, plask - nasze podbrzusza wybijały rytm żwawych oklasków po udanej premierze w Królewskim Teatrze .
- Jeszcze... - stęknęłam głosem pragnienia.
- Już niedługo - odpowiedział Pan Zasadowicz.
Przerwał. Wyślizgnął się ze mnie i uklęknął. Przez środek torsu płynęła srebrna strużka potu. Chciałam usiąść i ją zlizać. Byłam prawie pewna, że ta wątła nitka wilgoci starczy mi w zupełności, aby ugasić pragnienie.
- Odwróć się.
Ułożyłam się, jak mi polecił.
- Na czworaka - padła kolejna komenda. - Głowa do tyłu!
Owinął dłoń moimi włosami. Jęknęłam, bo trzymał je u samej nasady. Chyba mu się wyślizgiwały. Kilka razy poprawiał chwyt, w końcu się udało. Zakleszczyły się na dobre.
- Uch - stęknęłam, czując jak gwałtownie wypełnił mnie sobą.
Już wiedziałam, na czym polega różnica między kochaniem, pieprzeniem a chędożeniem. Właśnie pierwszy raz w życiu przeżywałam to ostatnie. Każdy ruch był mocniejszy. Tak mocno odchyliłam głowę, że widziałam lustro wiszące nad kominkiem, naprzeciw łoża. Próbowałam dociekać, czy w ten sposób da się rozpłatać na pół ciało kobiety.
- Masz świetny tyłek - wychrypiał z uznaniem Pan Zasadowicz.
Żałowałam, że nie posiada trzeciej ręki, bo tylko mój lewy pośladek miał ten niewątpliwy zaszczyt bycia miażdżonym i srogo poklepywanym przez wielką męską dłoń. Każdy klaps rozniecał jeszcze większy ogień, aż chciało się zerknąć, czy płomienie sięgają kasetonów na suficie. 
Orgazm prawie mnie udusił.
Zaszlochałam, opadając na poduszkę.
Pan Zasadowicz zaległ tuż obok. Oddychał ciężko, a powietrze które wypuszczał z koniuszków swoich płuc pachniało jeszcze słodziej, niż przedtem. Pewnie dlatego straciłam przytomność. Ostatnią myślą, jaka osunęła się w głowie była cicha skarga, że umrę bez niego i prośba, żeby nie łamał mi serca i został.


Otaczały mnie krzyki, łomoty, odgłosy gorączkowego biegania, szmer rozmów, jęki i narzekania, szepty mniej lub bardziej życzliwe, sarkanie, fałszywe wyrazy współczucia wypełniające cały dom, ogród i wszystkie aparaty telefoniczne...
- Opróżnili sejf! - Pani Szmidt zakryła twarz dłońmi. Nigdy mi się nie podobały. Wyglądały, jak dłonie topielca. Bladozielone i galaretowate.
- Jak się pan czuje? - Komisarz z troską poklepał po ramieniu Pana Męża.
- Jak mam się czuć, gdy SERCE domu jest puste?! - warknął, z emfazą podkreślając słowo "serce".
- Co teraz będzie z Panią Mężową? - Pani Szmidt oglądała mnie jak kawał surowego rostbefu.
- Musi ją zbadać lekarz - znów dał głos Komisarz. - Nie było śladów włamania. Przypuszczalnie w trakcie sobotniego przyjęcia, ktoś ukradł klucz z płaszcza Pani Mężowej. Sprawca był sam, znaleźliśmy odbicia stóp na śniegu.
- Niestety, żona padła ofiarą brutalnego gwałtu, choć nie widzę żadnych śladów walki na ciele Pani Mężowej. Pod paznokciami nie ma włosów i tkanek sprawcy. Przypuszczam, że sprawca potraktował ją podobnie, jak pana, czyli najpierw uśpił. - Bardzo Ważny Pan Doktor podrapał się po rozległej łysinie, zostawiając nań kilka czerwonych kreseczek.
- Bydle - warknął w odpowiedzi Pan Mąż.
- Zastanawia mnie, dlaczego w łóżku nie znaleźliśmy ani śladu bytności sprawcy. Dwóch detektywów przeczesało pościel i nic. Wyłącznie włosy Pani Mężowej i pańskie, czyli siwe - powiedział Komisarz cztery dni później.
- Może sprawca był łysy? - zasugerowałam przytomnie.
- Pani wybaczy, ale włosy nie rosną wyłącznie na głowie - lubieżnie oblizał dwa luzytańskie ślimaki.
Żołądek podjechał mi do gardła. Na końcu języka miałam poradę, żeby ssał niebieskie granulki marki Bros. Dzięki nim wytępiłam w ogrodzie wszystkie te obrzydliwe stworzenia.
- A ślady papilarne?
- Brak.
- Peleryna?
- Jest własnością jednej z dam, która bawiła się razem z państwem.
- Sprawdziliście bilingi? Może to ktoś ze służby?
- Wszystko sprawdzone, oprócz telefonu komórkowego Pani Mężowej. Był na kartę. Niestety złodziej go zabrał.
- Przepraszam - westchnęłam, patrząc na Pana Męża. Zawsze chciał mi kupić taki na abonament.
- Skąd złodziej mógł znać szyfr? - Świńskie oczka Komisarza spoczęły na Panu Mężu.
- Z karteczki - westchnął z żalem Pan Mąż.


Kokosowy olejek skończył się przy kolejnej pełni. Podniosłam buteleczkę i pod światło księżyca próbowałam dostrzec, czy w środku nie zostało choć parę kropelek. Wsadziłam weń palec. Gdy go wyjęłam, na opuszce tkwiło kilka włosów. Połyskiwały rdzą, przywodząc słodkie myśli i oblewając ciało nieznośnym ogniem.
Owinęłam się szlafrokiem i poszłam do łazienki, żeby w świetle halogenów upewnić się co do znaleziska. I jeszcze czegoś.


Buch...
Buch...
Buch...
Pan Mąż lubił podróżować koleją. Nie znosił samochodów, mówił, że są jak metalowe trumny na kołach.
Staliśmy na peronie. Ręce pomachały żwawo i radośnie. Może zbyt radośnie, jak na moment pożegnania? Nie było sensu się zastanawiać. Parowóz znikał w chmurach, kolejne wagony przelatywały jak klatki filmu.
Popatrzyłam na nasze dłonie połączone mocnym uściskiem. Większa nosiła skórkową rękawiczkę, a mniejszą otulała zielona włóczka. Zielony to najlepszy kolor dla rudzielców. Tak uważam.
Nagle ktoś wyskoczył z ostatniego wagonu, wpadając na nas z impetem. W ostatnim momencie złapałam równowagę. 
- Przepraszam. - Miedzianowłosy mężczyzna kucnął tuż obok mnie i przez chwilę wpatrywał się w zgnito-zielone oczy. Takie same, jak jego.
- Och! - jęknęłam, zakrywając usta, gdy zsunął lekko czapkę Adasia.
- Serce za serce - oznajmił, podnosząc ku mnie swoją twarz...



Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten jest ograniczony prawami autorskimi oraz innymi prawami i nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie.

poniedziałek, 14 września 2015

Fragment "Anatomii uległości" - Z okazji 800 polubień fanpage...

"– Czego się pan napije? – uśmiecham się do Adama Hardinga.
Co za ciacho... Jestem pod wrażeniem. Wysoki: co najmniej metr dziewięćdziesiąt, świetnie zbudowany. Aż się ślinię, widząc apetycznie zaokrąglone bicepsy, opięte rękawami marynarki szytej na miarę. Na pewno ciut młodszy ode mnie, ale to akurat zaleta, włosy dosyć długie, kolor bliżej nieokreślony? Coś pomiędzy miodem a karmelem. Ciepły jasny brąz? Opadają swobodnie, kończąc się kilka centymetrów poniżej płatków uszu. Silnie zarysowana, męska szczęka i wydatne kości policzkowe, dosyć duży nos z niewielkim garbem, pełne usta, no i te oczy. Błękitne, lodowate, niebieskie tak bardzo, że aż wydają się nieprawdziwe. „Może nosi kontakty?” – Zachodzę w głowę, czy ludzkie oczy mogą mieć tak nienaturalnie czysty kolor.
– Poproszę o coś zimnego – odpowiada ich właściciel bardzo męskim głosem, niskim i gardłowym, aż przechodzi mnie dreszcz. Naprawdę  jest niesamowicie pociągający.
Przez interkom proszę Lizę, moją nową asystentkę, o dwie szklanki i butelkę schłodzonej wody perrier. Dziewczyna spisuje się coraz lepiej, tym razem udaje się jej dosyć szybko uwinąć z zamówieniem i nie narobić przy okazji żadnych strat.
Wnosi wszystko na tacy, układa na biurku i bezszelestnie opuszcza biuro. Zauważam, że mój klient nawet nie zerknął na asystentkę, co wprawia mnie w bardzo dobry humor. Mam dosyć zachwytów nad tą nieopierzoną niunią. Od kiedy się pojawiła, niektórzy koledzy z naszej kancelarii ewidentnie sfiksowali, zwłaszcza ci zbliżający się do czterdziestki, z wydatnymi brzuszkami i przerzedzoną czupryną. Owszem, ładna z niej dziewczyna, zgrabna i bardzo sympatyczna, ale to jeszcze dzieciak, ma zaledwie osiemnaście lat.
– Ciekawe wnętrze – Harding rozgląda się z zainteresowaniem.
– Dziękuję. – Nalewając wodę, znów się uśmiecham.
Rzeczywiście, moje biuro nieco różni się od pozostałych. Jest dosyć chłodne w wystroju, wyłącznie ono nie posiada tej paskudnej boazerii szpecącej całą kancelarię. Białe ściany, okno przysłonięte roletą w stalowym odcieniu, posadzka z granitowych płyt wypolerowanych do połysku, biurko z blatem wykonanym z oszronionego szkła – całość tchnie profesjonalizmem.
– Córka? – Adam Harding podnosi zdjęcie, jedyny osobisty akcent, jaki można tu znaleźć. – Śliczna, podobna do mamy.
– Siostrzenica – parskam śmiechem.
Komplement jest tak płytki, że aż mnie bawi. Tak samo bawi mnie mina mężczyzny, gdy to mówię.
– Przepraszam.
Wyraźnie jest zakłopotany, bo zbyt szybko odkłada ramkę.
– W porządku. Do rzeczy, panie Harding. Obawiam się, że nie mam dobrych wiadomości. To stara sprawa, przedawniona, a nawet gdyby była aktualna, i tak nic by to nie dało. Urząd federalny nie popełnił najmniejszego błędu. – Przesuwam w jego stronę teczkę z ekspertyzą.
– Wiem – mężczyzna nawet nie zerka na dokumenty.
– Słucham?
– Pójdziemy na kawę? – Nachyla się nad biurkiem.
Mam wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze. Co za dupek! Wkręca mnie? A może to jakiś żart ze strony chłopaków? Zemścili się, bo cisnęłam po nich, gdy ślinili się za Lizą? Niemożliwe. Myślę gorączkowo, co jest grane. Ekspertyza zajęła mi dwa popołudnia, kosztowała prawie osiem tysięcy i była zaliczkowana, widziałam ksero czeku załączone do dokumentów.
– Chyba się przesłyszałam – stwierdzam po chwili, starając zachować olimpijski spokój.
– Nie przesłyszałaś się – cedzi słowa, wpatrując się we mnie. – Chciałbym. Zaprosić. Cię. Na kawę.
– Nie wierzę – kręcę głową ze zdumienia.
– Zakładam, że z nikim się nie spotykasz, a nawet gdyby tak było, rzuć tego gościa.
– Dlaczego?
Prawie natychmiast uświadamiam sobie, że palnęłam głupstwo i w dodatku nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. To chyba niebywały tupet Hardinga, powoduje, że mój mózg chwilowo się zawiesił.
– Bo mam ochotę wypić z tobą kawę.
„A potem cię przelecieć…” – dopowiada męski głos w mojej głowie.
Parskam śmiechem, a potem tak samo jak mój klient nachylam się nad blatem. Nasze nosy dzieli odległość może dziesięciu centymetrów. Zdecydowanie oboje przekroczyliśmy już strefę komfortu.
– Panie Harding proszę mnie teraz uważnie posłuchać. Po pierwsze: nie przypominam sobie, kiedy przeszliśmy na „ty”, po drugie, nie umawiam się na kawę z dupkami, którzy marnują tyle kasy na tak żałosny i nieskuteczny podryw, a po trzecie, pana ojciec na pewno się wkurzy, gdy zobaczy, jak jego synalek trwoni ciężko zarobione rodzinne pieniążki i zakręci kurek z nimi, a ja nie zamierzam panu stawiać.
– Już mi postawiłaś. Przed chwilą. – Uśmiecha się, i po sekundzie zbliża jeszcze bardziej twarz. Na wargach czuję jego oddech.
– Proszę wyjść, bo wezwę ochronę – podnoszę się z krzesła, starając zrobić to w miarę wolno i spokojnie.
– Jasne. – Harding też wstaje i coś kładzie na biurku. – To jest moja wizytówka, gdybyś… zmieniła zdanie.
Nie widzę, czy to faktycznie wizytówka, bo mój wzrok spoczywa w zupełnie innym miejscu. Przełykam ślinę. Zważywszy na okoliczności, widok jest dosyć osobliwy: środek dnia, biuro kancelarii podatkowej i bardzo przystojny, choć nieco nachalny klient z potężną erekcją, którą rzekomo ja spowodowałam.
– Proszę wyjść.
– Chyba jednak do czegoś przyda się ta ekspertyza. – Adam Harding zabiera plastikową teczkę i przykłada ją do brzucha,  zasłaniając rozporek.
Wychodzi z biura bez pożegnania, zostawia otwarte drzwi.
– Chryste! Co za dupek! – mamroczę, gdy odgłos jego irytująco samczych kroków cichnie w korytarzu. – Co! Za! Cham! – Moje słowa brzmią jak krótkie strzały.
Wypijam duszkiem wodę ze szklanki, a później resztę, która została w butelce. Przypominam sobie całą scenę i nagle zaczyna mnie to bawić. Śmieję się do siebie jak wariatka. W  taki sposób jeszcze nikt mnie nie podrywał. Szkoda, że to kolejny gówniarz, któremu tatuś ułatwił start w życie. Nie wierzę, żeby tak młody koleś sam doszedł do wszystkiego. Muszę to sprawdzić, mimo wszystko facet zaimponował mi pomysłowością.
„Adam Harding” – wklepuję w wyszukiwarkę.
– Jest – mamroczę do siebie. – Dwadzieścia osiem lat, biznesmen, branża spożywcza… Tyle to wiem i bez wujaszka google… ziemniaki, kukurydza, pszenica? Trochę banalnie, ale w sumie, ludzie zawsze będą jeść… W dwa tysiące dwunastym firma HAC podpisała umowę z jedną z największych sieci fastfoodów… o kurcze, duża rzecz, naprawdę duża rzecz… Współudziałowiec w… o… w tej też? Niesamowity koleś – wydymam usta z podziwem. – Absolwent Uniwersytetu Columbia, zakończył studia z rewelacyjnymi notami, był członkiem CBS? No, no, CBS, grubo... stracił rodziców, gdy miał osiemnaście lat, przejął wówczas opiekę nad czteroletnią siostrą Ruby Harding… – przełykam ślinę. – Ups...
Zamykam z trzaskiem laptopa.
– No tak. To nie było miłe, panno Duvall, ale wybaczam.
Podnoszę wzrok. „Kurwa! Dopadła mnie wybiórcza głuchota, czy cały czas byłeś na korytarzu? A może zdjąłeś buty?” – rozważam, jak to możliwe, że nie zauważyłam jego powrotu.
Adam Harding stoi w progu mojego biura i lekko się uśmiecha. Czuję, jak na moje policzki wypełza rumieniec-gigant. Zastanawiam się, czy jest widoczny – wprawdzie mam na sobie warstwę podkładu i pudru, ale to zwykłe kosmetyki, a nie makijaż sceniczny, czyli… na pewno jest widoczny! „Ja pierdolę, co za pieprzona, niezręczna sytuacja, panno Duvall!” – wyklinam w duchu.
– Cieszy mnie pani zainteresowanie moją skromną osobą. Przepraszam, że znów panią nachodzę, zapomniałem zabrać papiery – wskazuje brodą segregator z dokumentami źródłowymi sprawy 1274/FB/A32, stojący obok mojego biurka. – Mogę?
– Ależ tak, proszę. – Wzruszam ramionami.
Mężczyzna wchodzi do biura i podnosi ciemnozielony segregator.
– Bardzo przepraszam, panie Harding – wstaję z fotela i uśmiecham się blado. – Nie wiedziałam, że pana rodzice… przykro mi.
– Jeszcze wielu rzeczy pani o mnie nie wie – jego głos znów brzmi niewiarygodnie podniecająco.
– Jeszcze raz przepraszam.
Jest mi głupio. Zachowałam się beznadziejnie, pozwalając temu facetowi aż tak się sprowokować i teraz próbuję za wszelką cenę wybrnąć z sytuacji.
– A może zmieniła pani zdanie? – Lekko przekrzywia głowę.
– Panie Harding, gdybym teraz zgodziła się pójść z panem na tę nieszczęsną kawę, wyszłabym na ciężką idiotkę, a ja bardzo tego nie lubię. Obraziłam pana, choć na swoje wytłumaczenie mam to, że pan też nie do końca zachował się właściwie. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie, gdy po prostu powiemy sobie „Do widzenia”. A co do opłaty za ekspertyzę, ja przygotowałam opracowanie i bez problemów zwrócę panu na konto część, która jest moim honorarium. To jakieś sześćdziesiąt pięć procent całej sumy, nie będzie pan aż tak stratny. Niestety, reszty pan nie odzyska, to stałe koszty kancelarii. – Oddycham z ulgą. Jakoś udało mi się opanować i wygłosić to wszystko w miarę spokojnym tonem.
– Tylko to panią powstrzymuje, panno Duvall? Nie chce pani wyjść na idiotkę? – Harding patrzy na mnie z niedowierzaniem.
– Myślę, że ta rozmowa naprawdę nie ma sensu. Proszę zabrać dokumenty, zwrócę pieniądze i zapomnijmy o sprawie. – Marsową miną staram się zatrzeć znów pojawiające się uczucie zakłopotania.
– Spotyka się pani z kimś?
„Powiedzieć prawdę? Skłamać? Zaraz oszaleję!”.
 – Moje życie prywatne naprawdę nie powinno pana zajmować. – Wybieram wariant dyplomatyczny.
– Panno Duvall, nie istnieje na tym świecie nic, co interesowałoby mnie bardziej w tym momencie.
Parskam śmiechem. „Co to za sformułowanie? Skąd urwał się ten koleś?” – Unoszę brwi. „Zachowuje się, jakby przeczytał poradnik o podrywaniu. Masz pecha, ja też przeczytałam i to wszystkie…” – kiwam głową z politowaniem, a potem podejmuję błyskawiczną decyzję. 
– Wobec tego zaspokoję pana ciekawość. Nie spotykam się aktualnie z żadnym mężczyzną, ale odzyskaną wolnością cieszę się zbyt krótko, abym dla pana z niej zrezygnowała. Panie Harding, bardzo proszę o opuszczenie mojego biura.
– Panno Duvall, nawet pani nie wie, jak ucieszyła mnie ta wiadomość.
Mój klient kładzie segregator na biurku, podchodzi do drzwi i zamyka je od środka, po czym wraca i staje przede mną. To wszystko trwa może dziesięć sekund, nawet nie jestem w stanie zaprotestować, gdy nagle obejmuje mnie w pasie, nachyla się i przysuwa twarz tak blisko, że znów czuję jego oddech na ustach.
– Boisz się mnie?
– Nie… – odpowiadam, starając się nie szczękać zębami.
– Dlaczego?
– Nie boję się facetów – oświadczam.
Choć mówię prawdę, w tym momencie nie jestem tego taka pewna, chyba właśnie trafiłam na tak zwany wyjątek od reguły. – Proszę mnie puścić. – Zwieszam głowę, oddycham ciężko, widzę, jak bluzka na moich piersiach podnosi się i opada coraz szybciej. Czarny, koronkowy biustonosz prześwituje przez otwór między dwoma guziczkami jedwabnej koszuli. Od razu wyobrażam sobie Hardinga rozpinającego perłowe guziki i zdzierającego ze mnie wszystko. Jeszcze sekunda i rzucę się na mojego klienta, i to będzie absolutna katastrofa. Ostrożnie opieram dłonie o jego klatkę piersiową i próbuję lekko go odepchnąć, ale jedyne, co rejestruje moje ciało, to twarde mięśnie wyczuwalne nawet przez marynarkę. – Proszę…
– Pocałuj mnie – słyszę stanowczy głos.
„Cholera!!! Niech to szlag!!! Niech cię szlag, Adamie Hardingu, ciebie i twój twardy kutas naciskający właśnie na moje podbrzusze”. Mięknę jak wosk do depilacji, co za idiotyczna sytuacja. „Trzydzieści pięć procent podatku federalnego od dochodu w wysokości…” – próbuję się ratować. Przywołuję przed oczy tabelę ze stawkami, ale mój uparty gość nie odpuszcza.
– Pocałuj mnie! – mówi jeszcze głośniej.
Czuję, jak bardzo gorące są jego ręce, cienki materiał nie stanowi żadnej bariery. Mam wrażenie, że jestem kompletnie naga. Nie wytrzymuję. Zamykam oczy, unoszę twarz i delikatnie kieruję usta w miejsce, skąd dociera do mnie ciepły oddech. Po sekundzie jego wargi stykają się z moimi. Są miękkie i zaskakująco suche, ale nie szorstkie i spękane, raczej miłe w dotyku i gładkie. Wodzę po nich czubkiem języka, powoli smakując to miejsce.
Adam Harding otwiera usta i zaczyna mnie całować, zachłannie i mocno. Gryzie mnie w dolną wargę, a potem niechcąco uderzamy się zębami. Wreszcie czuję smak jego śliny. Jest słodka. Gdy już ledwo stoję, nagle przerywa pocałunek.
– Czy pójdzie pani ze mną na kawę, panno Duvall? – Oddycha ciężko i to jeszcze bardziej mnie nakręca... "




Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten jest ograniczony prawami autorskimi oraz innymi prawami i nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie.

poniedziałek, 7 września 2015

EPERU dla Blogerek :) i Blogerów

Last minute dla Blogerek i Blogerów...



Wiem, że jeszcze sporo z Was chciałoby otrzymać egzemplarz recenzencki Eperu i właśnie trafia się ostatnia taka okazja.
Informuję, że mam ostatnie 10 egzemplarzy do rozdania, otrzymane z wydawnictwa BIS - tam proszę się już nie zgłaszać, bo poza tymi 10 egzemplarzami książek nie będzie. Wszelkie prośby, wnioski itd... o egzemplarz recenzencki, zarówno Eperu, jak i w przyszłości Habbatum - wysyłajcie tylko do mnie.


Osoby chętne proszę o wpisywanie się w komentarzach podając:
a) link do bloga
b) link do konta na Lubimy Czytać
c) informację - po ilu dniach od otrzymania książki deklarują sporządzenie recenzji.


Pod uwagę będę brać wyłącznie Osoby prowadzące blog i mające konto na LC (warunek Wydawcy i mój).
W następny weekend sporządzę listę 10 Osób, które otrzymają Eperu i powiadomię Was na blogu i na fanpage. 

Ktoś chętny?

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Konkurs - wybierz okładkę, wygraj bransoletkę promującą "Anatomię uległości"!


Zapraszam na fanpage Augusty Docher



Od dzisiaj do 6 września - KONKURS!
Wybierz jedną z okładek do "Anatomii uległości" i wygraj bransoletkę! 




Aż pięć osób ma szansę zdobyć te cacka! :)






Szczegóły tylko na fanpage!!!
Zapraszam! :)

E-book Eperu już jest :) Łap okazję - od 7,88 zł.


E-book Eperu już dostępny. 
Zobacz, za ile możesz go kupić!
Najlepsza cena od 7,88 zł. 
Sprawdź TUTAJ! 

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kolorowanka - wygraj EPERU :)

Konkurs na fanpage Augusta Docher :)



Konkurs!!!
Lubisz rysować?
Chcesz wygrać egzemplarz Eperu z dedykacją?
Co trzeba zrobić?
1) Polub fanpage Augusta Docher i udostępnij post na swojej tablicy.
2) Wydrukuj kolorowankę, pokoloruj, zrób zdjęcie rysunku lub skan i wstaw w komentarzu.
3) Zaproś do wspólnej zabawy przynajmniej jedną osobę.

Ogłoszenie wyników konkursu - losowania - 16 sierpnia (miesiąc po premierze Eperu). Kolorowanka jest wykonana przeze mnie i jeśli moje wydawnictwo się zgodzi, będzie załączona jako ilustracja do II tomu Wędrowców.
W razie problemów z wydrukowaniem (złą jakością pliku), proszę o e-mail na adres: jwlblack1305@gmail.com - wyślę plik w załączniku.
Dla osoby, które już ma Eperu, istnieje możliwość wysłania bransoletki Eperu i kubeczka, zamiast książki. Proszę zaznaczyć w komentarzu.

czwartek, 16 lipca 2015

Gdzie kupić EPERU Augusta Docher z dedykacją autorską?

Tu właśnie można kupić Eperu z autorską dedykacją (na życzenie), z gadżetem gratis i w dobrej cenie. 


Zapraszam :)



Uwaga: książkę kupujemy jak w każdym sklepie internetowym (wkładamy do koszyka etc...), a to komu ma być zadedykowana - proszę wpisać w uwagach w trakcie składania zamówienia.

piątek, 10 lipca 2015

Zapowiedzi i informacje... EPERU nadchodzi wielkimi krokami (mniej niż tydzień do premiery)...

Zapowiedź na bookgeek.pl

Surowo mnie dziewczyny potraktowały...
Oj surowo ;)
Ale tak już bywa, gdy się nagle trafi jako polski debiutant w sam środek sporej grupy uznanych, sławnych i popularnych zagranicznych autorów.
Mam nadzieję, że fakt iż mogłam z nimi porozmawiać, a moi zagraniczni koledzy po piórze - nie bardzo, wpłynął pozytywnie :)

Tu chyba najtaniej kupicie Eperu... Polecam.

A tu książkę można kupić w Bielsku-Białej (moje okolice)

Tu jeden z moich "Patronów" ;) czyli granice.pl - wraz z uzupełnianym na bieżąco wykazem gdzie i za ile można nabyć Eperu.
Na ten moment 6/6 piór ;)
Oby ten wynik utrzymał się na stałe...

Patronat secretum.pl :)

I jeszcze coś dla ducha :) czyli śliczna kotka Czarna (już za tydzień będziecie mogły ją poznać).

Rysunek wykonała Wioletta Gaszka.



Pozdrawiam :)

wtorek, 30 czerwca 2015

Już wiadomo... Gdzie? Kiedy? I za ile? - Eperu pojawiło się w zapowiedziach...

http://www.ravelo.pl/eperu-augusta-docher,p100354775.html

Mam nadzieję, że cena nie jest zbyt wygórowana, zwłaszcza za tak obszerną książkę :) czyli aż 552 strony.


czwartek, 4 czerwca 2015

Jak przygotować się do batalii o wydanie książki?

Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Każdy o tym wie.

Obecnie w większości wydawnictw praktykuje się przyjmowanie propozycji wydawniczych w formie plików dołączonych do wiadomości e-mail. Tylko w trzech przypadkach spotkałam się z tym, że wydawnictwo prosiło o wysłanie wydruku. Skupmy się zatem na formie elektronicznej.
Co ma żołnierz pod łóżkiem? Porządek.
Jak powinien wyglądać plik? Schludnie. Czyli czcionka Times New Roman. Wielkość 12. Odstępy między wierszami 1,5. Tekst wyjustowany. Wcięcie akapitu 1,25cm. Bez eksperymentów, dziwnych krojów liter i tak dalej. Warto ponumerować strony (dyskretnie). Ja umieszczam nagłówek - na górze - zawierający mój pseudonim oraz tytuł. To powoduje, że osoba czytająca zakoduje te informacje w trakcie czytania.
Do pliku z tekstem dołączam streszczenie, konspekt oraz coś, co sama wymyśliłam czyli zestawienie fragmentów recenzji moich czytelniczek Beta. Czytelnik Beta? To osoba, która czyta jako jedna z pierwszych daną publikację. A skąd mam te recenzje? Do każdej osoby oprócz pliku z tekstem wysyłam również ankietę z pytaniami. Ostatnio stosuję metodę: plik z tekstem, plik ze streszczeniem i trzeci recenzje + krótki konspekt.
Jeszcze o recenzjach. Naprawdę warto się przyłożyć i przygotować dobrze ankietę. To bardzo pomocne narzędzie. Moja zawiera ponad 20 pytań. Pytam, czy bohaterowie są dobrze scharakteryzowani, kto jest ulubionym bohaterem i dlaczego, a który nie przypadł do gustu? Ciekawa jestem, czy czytelnik się wzruszył lub rozbawił i jeśli tak, jaki fragment to spowodował. Czy opisy są plastyczne, czy nie ma błędów logicznych, merytorycznych, itd.
Wracając do naszych wydawnictw. Oczywiście w liście do wydawnictwa należy się przedstawić i nie tylko się, bo naszą propozycję również, a może przede wszystkim. Czyli krótko opisujemy co to, dla kogo, jak obszerne i z jakiego gatunku. Rozmiar powieści określamy w tysiącach znaków ze spacjami lub w arkuszach wydawniczych (40.000 znaków ze spacjami). Gatunek - czy to kryminał, horror, romans, obyczaj etc. Dla kogo? Czy dla dorosłych, dzieci, młodzieży (tzw.YA lub NA - YA to Young Adult czyli 16+ a NA to New Adult czyli 18+), kobiet, mężczyzn, ogółu populacji itd...


Ciąg dalszy nastąpi...

Dzień Dobry :) W pas się kłaniam i zapraszam serdecznie



Jak zostać pisarzem?

Żebym ja to wiedziała... To bardzo skomplikowany proces powiedzmy sobie. Pierwsza, najważniejsza rzecz: pisać. Im więcej, tym lepiej. A żeby pisać, trzeba też czytać i to sporo. Minimum trzy książki tygodniowo (tak uważam). Ja głównie skupiam się na czytaniu podobnych gatunkowo, do tych które sama piszę lub zamierzam. Wynika to z permanentnego braku czasu. Czasami muszę sięgnąć po coś spoza gatunku, ale wówczas są to głównie pozycje potrzebne do tzw. researchu.
Co to ten research? Można go porównać do szykowania materiałów budowlanych przed budową domu. Wiadomo, im rzetelniej je przygotujemy tym lepiej się nam pracuje.
Co mi pomaga w pisaniu? Pomogła mi bardzo książka Dwight V. Swain, Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować. Polecam. Warto po nią sięgnąć, zwłaszcza gdy się jest debiutantem. Pomogły mi również: rejestracja i aktywność na forum dla pisarzy weryfikatorium. I konto na FB (gdzie można poznać i porozmawiać z setkami osób z tzw. branży. Również strona e-korekta - zawierająca sporo informacji i wiele innych podobnych, np. spisek pisarzy.
Gdy już napisaliśmy - szukamy ofiary, kogoś oczytanego i... Nie! Nie dajemy mu naszych wypocin, lecz sadzamy delikwenta na fotelu przed nami i czytamy mu na głos. Staramy się robić to pięknie, z dykcją i emocjami. To najlepszy i najłatwiejszy sposób na wyłapanie powtórzeń, błędów składni i innych potknięć typu zaimkoza i bylica, oraz schorzenia "śmy".

Po pierwszym czytaniu i naniesionych przez nas poprawkach szukamy kolejnych ochotników. Uwaga! Nie zalecam nikogo z grona naszych przyjaciół, rodziny i bliskich znajomków (oczywiście mogą przeczytać, ale ich opinie będą tendencyjne w związku z tym nie brałabym ich pod uwagę). Jak wybrać i gdzie? Najłatwiej w sieci :) Najlepiej, żeby to były osoby z tak zwanego targetu. 
Co to target? - To grupa naszych potencjalnych czytelników. 
Jak wybrać te osoby? Im bardziej oczytane, tym lepiej. Świetnie, gdy są to czytelnicy uważni, dokładni i posiadający dobrą pamięć oraz sporą wiedzę w wielu kwestiach. 
Tu osobiste podziękowania dla Gosi - która mnie oświeciła, że tylko u nas dodaje się drożdży do ciasta na domową pizzę, oraz dla Marty - do końca życia zapamiętam, że koń ma ganasze :D nie lica. 

Ciąg dalszy nastąpi...