niedziela, 13 sierpnia 2017

Kolejna oficjalna zapowiedź :) "Najlepszy powód, by żyć" już we wrześniu

Jak w tytule postu, z wielką radością informuję Was, że 27 września ukaże się kolejna moja książka, tym razem sygnowana moim starym pseudonimem, czyli Augustą Docher. 


Wszystko trwało ułamek sekundy. Błysk ognia i nagle jestem w ognistej kuli. Dociera do mnie, że się palę. Jestem żywą ludzką pochodnią.

Dominika budzi się po kilku dniach.
Wie, że to był wypadek, a ukochany ojciec wcale nie chciał jej zabić.
Teraz, kiedy on jest w więzieniu, ona leży w szpitalu i walczy o życie.
Chociaż właściwie, to inni walczą za nią, ponieważ ona się już poddała.
Ale to, co miało być końcem, okazuje się być początkiem…

Przewrotny los stawia na jej drodze ambitnego młodego lekarza, który dostrzega w niej coś więcej niż tylko pacjentkę. Gdy on będzie leczył jej ciało, jego brat Marcel, czarna owca szanowanej rodziny, spróbuje uleczyć jej duszę.
Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Czy pęknięte serce potrafi jeszcze kochać?
I czy ktoś, kto ma tyle powodów, by się zabić, odnajdzie ten jeden, by żyć?

(opis ze strony wydawcy)

Poniżej widzicie, jak prezentuje się egzemplarz recenzencki, 
który już dotarł do mnie, 
a wkrótce dotrze do zainteresowanych blogerów :) 


Książka zostanie wydana w wydawnictwie znak literanova, a dokładnie w OMGBooks. 
Tutaj link do zapowiedzi w księgarni wydawcy: klik


Bardzo się cieszę, że ta książka wkrótce zagości na półkach księgarń i mam nadzieję, że trafi do Waszych serc :)
Kto ma w planach przeczytać tę historię?

Pozdrawiam! 

czwartek, 8 czerwca 2017

Oficjalna zapowiedź "Biletu do szczęścia" i darmowy pierwszy rozdział :)

Zapraszam na stronę wydawcy, 
o właśnie tutaj: Bilet do szczęścia!!!
Na stronie wydawcy znajdziecie link do całkiem darmowego pierwszego rozdziału tej książki! :) oraz będziecie mieć możliwość zakupienia książki przedpremierowo i w bardzo promocyjnej cenie :)




Premiera już 5 lipca, więc za niecały miesiąc! 



Czy przystojny prawnik z Krakowa odzyska utraconą miłość? Kontynuacja powieści "Konkurs na żonę".

Łucja, zakochana bez pamięci w młodym prawniku z Krakowa, przeżywa szok, gdy dowiaduje się, że mężczyzna ją uwiódł, aby odziedziczyć spadek. Czuje się oszukana i wykorzystana, a na dodatek jest w ciąży. W pierwszym odruchu chce zerwać związek z Hajdukiewiczem i wrócić w rodzinne strony. Kiedy jej chora babka trafia do krakowskiego szpitala, dziewczyna postanawia pozostać w mieszkaniu Hugona na czas jej rekonwalescencji. Dla mężczyzny, który odkrywa, że naprawdę kocha Łucję, staje się to jedyną szansą na jej odzyskanie. Ale czy Łucja zdoła uwierzyć w szczerość jego uczuć? 



I polecanki od moich Kochanych Koleżanek Autorek!!!


BILET DO SZCZĘŚCIA to doskonałe zakończenie historii Łucji i Hajduka. To powieść o sile przebaczenia, o nadziei na miłość oraz o tym, że warto w życiu odnajdywać właściwe ścieżki. Jestem pod wrażeniem. Serdecznie polecam!
K.N. Haner – autorka serii o Morfeuszu i powieści "Na szczycie"

Jestem pewna, że czekałam na dalsze losy Łucji i Hugona równie niecierpliwie, jak pozostałe Czytelniczki. Pragnęłam kolejnej dawki emocji, wzruszeń i ciepłego humoru. Nie zawiodłam się. BILET DO SZCZĘŚCIA właśnie taki jest. Serdecznie polecam.
Małgorzata Garkowska – autorka "Układanki z uczuć"

BILET DO SZCZĘŚCIA to niezwykle frapująca, nietuzinkowa powieść o tym, co w życiu najważniejsze. Beata Majewska czaruje słowem, trzymając czytelnika w napięciu aż do ostatniego zdania. Gorąco polecam.
Hanna Greń – autorka powieści kryminalnych i obyczajowych          

Pozdrawiam!!!            

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Mała ściągawka dla fanów "Konkursu na żonę" :)

Przedstawiam Wam okładki drugiej i trzeciej części cyklu powieści obyczajowych, które wydam w Książnicy. Tak wygląda "Bilet do szczęścia" - książka ukaże się już wkrótce, bo 5 lipca :)


A tak prezentuje się okładka części trzeciej, czyli "Zdążyć z miłością" - dokładnej daty premiery jeszcze nie znam, ale prawdopodobnie będzie to jesień :)

A to obiecana ściągawka, czyli wszystkie trzy powieści w swoich prześlicznych kwiatowych sukienkach. 
Mnie bardzo się podobają, a Wam? 


Mam nadzieję, że też :) 
Serdecznie Was pozdrawiam i obiecuję, 
że wkrótce nowe świetne informacje :)
Buziaki!

wtorek, 16 maja 2017

Zaproszenie na Targi Książki w Warszawie! Będą niespodzianki!!! ;)

Kochani, niniejszym zapraszam was serdecznie na Targi Książki w Warszawie :) 


Jeśli ktoś ma ochotę mnie spotkać i poznać, jeśli jeszcze nie było okazji - zapraszam na stoisko wydawnictwa Publicat - D17 - stoisko numer 147. 

Proszę, oto mapka:

Zastaniecie mnie w sobotę od godziny 15:00 i w niedzielę od godziny 11:00. 
Będę ja i będzie moja najnowsza książka:


i rozliczne niespodzianki dla Wszystkich, którzy się pojawią :) 
Zapraszam!!!

środa, 10 maja 2017

piątek, 14 kwietnia 2017

Poszukiwani recenzenci! "Konkurs na żonę"

Dzień dobry, Kochani!

Informacja dla Szanownych Pań Blogerek i ewentualnie Szanownych Panów Blogerów, aczkolwiek nie liczę na duży odzew ze strony Panów, gdyż moja powieść "Konkurs na żonę" to typowa kobieca literatura :)

Wydawnictwo Publicat ogłosiło poszukiwania :) 


Zgłoszenia blogów proszę wysyłać na adres: recenzje@publicat.pl
W mailu proszę zawrzeć: adres bloga, adres Fanpage (jeśli posiadacie) i oczywiście adres pocztowy. 

Zapraszam :)



A korzystając z okazji, chciałam Wam złożyć serdeczne życzenia Wesołych Świąt, spędzonych w cudownej rodzinnej atmosferze! 
Pozdrawiam, Wasza Augusta vel Beata Majewska ;) 


piątek, 7 kwietnia 2017

"Konkurs na żonę" i pełna okładka!

Hej :)
Mam ją! Ją, czyli przepiękną okładkę mojej najnowszej powieści "Konkurs na żonę". Przypominam, premiera 10 maja 2017! 


Strona główna :) 
a poniżej całość...




i szczegóły:

Trochę o mnie, czyli informacja o moim dorobku (na razie skromnym, ale to się zmieni, obiecuję!)


Plecki z polecanką jednej z najbardziej popularnych polskich Pisarek, czyli kilka ciepłych słów od Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, której twórczość uwielbiam!

I patronaty: Lubimy czytać tutaj link do konta książki
DlaLejdis oraz kobiecerecenzje365


A na koniec skrzydełko i trzy wspaniałe polecanki od Pisarek: K.N.Haner, Małgorzaty Garkowskiej oraz Hanny Greń! Wszystkim serdecznie dziękuję :)  

Mam nadzieję, że okładka się podoba, a gdy przeczytacie "Konkurs na żonę" - treść również przypadnie Wam do gustu! :)
Pozdrawiam! 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

"Konkurs na żonę" już w zapowiedziach :)

Nie wiem, czy Wszystkim wiadomo, ale już wkrótce będę publikować pod drugim pseudonimem, a mianowicie:
Beata Majewska. 
A oto zapowiedź pierwszej mojej powieści obyczajowej pt. "Konkurs na żonę" :)
Premiera 10 maja 2017 roku!


Już dostępna...
w księgarni bonito.pl bardzo atrakcyjna cena :)
w aros.pl podobnie :)

A tak będzie wyglądać okładka drugiej części tej powieści, która ukaże się już w czerwcu! 

Książki zostaną wydane w wydawnictwie Publicat S.A. Książnica. 
Mam nadzieję, że polubicie Beatę Majewską tak samo mocno, jak Augustę Docher ;)

Pozdrawiam! 

piątek, 17 marca 2017

Kryształowe serca - ważna wiadomość :)





Jak zapewne zauważyliście, nie publikuję kolejnych rozdziałów powieści. Powód jest jeden: prawdopodobnie znalazłam wydawcę :) Mam nadzieję, że się na mnie nie pogniewacie, ale takie było życzenie wydawnictwa. 
Jeśli wszystko się powiedzie, książka powinna zagościć w księgarniach jeszcze w tym roku. Na razie można ją dodać do chciejków :) Tutaj!
Zapraszam serdecznie. 



poniedziałek, 6 marca 2017

Kryształowe serca - rozdział 11

Rozdział 11


Chociaż rozmowa z Nikołajem Stołypinem okazała się całkiem interesująca, bo panowie rozprawiali o wyścigach konnych i o swoich stadninach, a przecież Karim miał takową w Kazachstanie, i tak nie mógł się oprzeć, żeby co jakiś czas dyskretnie zerknąć na zegarek. Za każdym razem zdawało mu się, że już dawno minęło wyznaczone pół godziny „wolności” Fabiany, a tu jak na złość, minuty wlekły się niczym godziny. W końcu Stołypin parsknął śmiechem, powiedział coś o byciu młodym i zakochanym i uwolnił Karima od swojego towarzystwa.
– Czas wypić toast za naszego ukochanego solenizanta, a pan, panie Kasymow powinien iść poszukać tej pięknej dzierlatki, bo a nuż wpadnie w czyjeś sidła. – Poklepał go krzepiąco po ramieniu. – Ja też idę znaleźć moją Lidkę, choć nie liczę, że jest dla kogoś pokusą. – Zaśmiał się rubasznie i pożegnał skinieniem głowy.
Karim z ulgą opuścił salę, energicznie przeszedł przez hol, nawet nie licząc, że spotka tam Fabianę. Mógł powiedzieć, że już dosyć dobrze ją poznał, więc od razu skierował się ku wyjściu z rezydencji. Stanął na szczycie schodów i rozejrzał na boki.
– Ech... mam nadzieję, że jesteś z tyłu domu, bo jak nie... – Zmarszczył brew.
Najpierw sprawdził ogród przy zachodnim skrzydle, żeby z niepokojem stwierdzić, że Fabiany tam nie ma. Starał się nie dać po sobie poznać, że jest zdenerwowany, więc choć nogi rwały się do biegu, a w głowie obrzucał gospodarza stekiem obelg za ten gigantyczny teren posesji, szedł powoli wzdłuż pałacu, myśląc, że jest kompletnym durniem. Przecież minął raptem kwadrans, jak Fabiana go opuściła. Z drugiej strony wiedział, że w ciągu piętnastu minut można uciec, znaleźć środek transportu i wtedy szukaj wiatru w polu.
Aż westchnął, gdy ją zobaczył. Nie miał wątpliwości, że to Fabiana. Tylko ona założyła na tę uroczystość długą, czerwoną suknię. Stała i z kimś rozmawiała, niewątpliwie z jakimś mężczyzną. Z każdym krokiem zauważał coraz więcej detali: towarzysz Fabiany jest młody, ubrany bardzo nieformalnie i ma dosyć wysoki, przenikliwy głos, bo Karim słyszał go już z kilkudziesięciu metrów. Nagle kiwnął na Fabianę ręką, ta do niego podeszła i...
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że stoją nad brzegiem basenu.
Przyspieszył.   
Podbiegł...
Nogi same go poniosły.
Widział, jak ona nachyla się nad basenem, stoi przy krawędzi, a ten ktoś kładzie dłoń na jej plecach, jakby chciał ją wepchnąć...
– Vivian! – krzyknął rozpaczliwie. – Nie!!!
Dopadł ich w sekundę, może dwie. Jakieś dwie kobiety, które przechadzały się po drugiej stronie basenu, aż zamarły z wrażenia, gdy Karim z impetem wpadł między tę śliczną blondynkę w czerwonej sukni a zupełnie do niej nie pasującego młodzieńca w pomiętej polówce.
– Patrz! – Jedna chwyciła drugą za ramię. Patrz, co on wyprawia. – Nie spuszczała oka z tajemniczego mężczyzny, z czarną przepaską na oku.
Karim popchnął Fabianę, aż upadła na posadzkę przy basenie, a co do Erica, ten od razu wylądował w wodzie. Próbował wygramolić się ze środka, klnąc na czym świat stoi, ale gdy podpłynął do krawędzi niecki i oparł dłonie, żeby wyskoczyć z wody, Karim nadepnął mu na rękę.
– Co robisz, debilu?! – wrzasnął. Odpłynął dwa metry od brzegu i z przerażeniem patrzył na napastnika, który właśnie skupił swoją uwagę na tej miłej Polce. – Ja nie mogę, co za gnój... – wymamrotał do siebie Eric.
Miał nadzieję, że zaraz ktoś wezwie na pomoc ochroniarzy, żeby zrobili porządek z tym chamem,  ale nikt się nie kwapił. Widocznie wszyscy uznali, że lepiej się nie wtrącać. Zresztą kto by się odważył? Nagle wszyscy goście, którzy kręcili się wokół basenu, dyskretnie opuścili to miejsce. Został tylko dryfujący w wodzie Eric i ta dwójka.
– Miałaś wrócić!!! – wrzeszczał Karim, stojąc przed Fabianą. Przed chwilą podniósł ją niczym szmacianą lalkę, a teraz trzymał mocno za ramiona i potrząsał, bezlitośnie wbijając palce w jej delikatne ciało. – Miałaś wrócić! – powtórzył. – Czemu zawsze muszę cię szukać!
– Boli... – jęknęła, gdy jeszcze silniej zacisnął dłonie.
– Mnie też boli, gdy ciągle muszę wyciągać cię z kłopotów! – Nie popuścił nawet na gram.
– Nie... – zacięła się. Chciała powiedzieć, że nie minęło obiecane pół godziny, ale ślepa furia w jego wzroku skutecznie pozbawiła ją głosu. Bała się popatrzeć, czy z Erickiem wszystko w porządku, zakładając, że to może rozsierdzić, już i tak wściekłego Karima. Nagle usłyszała, że coś zachlupotało po przeciwnej stronie basenu, a potem do jej uszu dotarło francuskie przekleństwo i coś, co zabrzmiało jak: „Bydle. Prawdziwe bydle.”
– Koniec! Wracamy do domu! – Karim szarpnął ją za rękę.
Wlókł Fabianę za sobą, zmierzając ku bramie tak energicznie, że musiała podbiegać co kilka kroków. Obcas lewej szpilki zbyt mocno wbił się w miękką murawę. Jej but został tam, błyskając złotym wnętrzem, jak pantofelek Kopciuszka. Szła za Karimem, starając się nie utykać. Ostre kamyczki na podjeździe zraniły stopę, ale nie czuła bólu.
Tego bólu nie.
Dotarli na jacht. Zeszła na dół, do saloniku. Znalazła jakiś kąt. Kącik. Dziurę, gdzie mogła się schronić. Oczywiście pozornie. Siadła zaraz przy ścianie. Skuliła się na wybitej skórą kanapie, zdjęła drugą szpilkę i oburącz przycisnęła do piersi, jak tarczę, amulet, który miał ją uchronić przed złem. „To od Aliji. Czeka na mnie w domu. Przygotuje mi kąpiel, a potem pójdę spać.” – pomyślała, wbijając wzrok w mały bulaj.
– Gdzie twoje buty? – zapytał Karim, który dopiero teraz dołączył do niej. Nie odpowiedziała. Kurczowo ściskała ocalałą szpilkę od Manolo Blahnika i wpatrywała się w czerń nocy, ignorując to, co odbijało się w szybce. „Nie słuchaj go. Nie patrz na niego. Jego tu nie ma” – powtarzała, żeby nie wybuchnąć płaczem. – Jesteś głucha?! Gdzie masz buty?! – Doskoczył do niej. Chciał znów postawić ją do pionu, dosłownie i w przenośni, gdy nagle zauważył, że cała drży. Spojrzał na jej stopy i dostrzegł krew. – Co u diaska? – Kucnął, chwycił jej nogę i podniósł. – Kurwa jego mać! – zaklął, widząc jaka jest poraniona.
– Zgubiłam but – wyszeptała, nie patrząc na Karima.
– No przecież widzę! – warknął, wściekły. – Możesz dostać tężca, albo innego gówna! Czemu nie powiedziałaś, że ci spadł?!
– Zgubiłam but – powtórzyła. Zamknęła oczy. Spod powiek zaczęły nieśmiało uciekać pierwsze krople łez. – Dostałam je od Aliji. Kupiła mi za swoje pieniądze. Powiedziała, że to prezent od niej. A ja go zgubiłam.
– Kurwa mać! Kupię ci nowe, sto par nowych pierdolonych butów! Nie rozumiesz, że to nieważne!? – Zerwał się na równe nogi. Wyrzucił w górę ręce i na moment wzniósł wzrok ku niebu. – Mam nadzieję, że na nic nie zachorujesz. Poczekaj – polecił. Podszedł do barku, odkręcił butelkę stolicznej, a z szufladki pod kontuarem wyjął czystą ściereczkę. – Trzeba to obmyć. Będzie szczypało – uprzedził, przysiadając obok i biorąc jej nogę na kolano.
– Zgubiłam prezent od Aliji – powtórzyła jak mantrę.
– Mam go odzyskać? – Nagle Karim domyślił się, że Fabiana nie odpuści. Czuł, że przegiął. Zrobił z siebie kompletnego durnia, prawdziwego furiata, ale najbardziej nie mógł sobie wybaczyć, że widział w jej oczach paniczny strach. – Mam iść i poszukać tego buta? – Nachylił się.
– Kim jest Viviane? – odpowiedziała mu cichym pytaniem...

***
Co z tego, że później zachował się jak dżentelmen? Opatrzył jej stopę, poprosił kapitana Jugnota, żeby jej towarzyszył, a sam pobiegł do rezydencji Igora, żeby odnaleźć zgubiony but. Dopłynęli do mariny w Cap Martin, zacumowali, a Karim zaniósł Fabianę do samochodu i tak samo – w jego silnych ramionach – pokonała drogę między autem a swoją sypialnią.
Przez cały ten czas nie odezwała się do niego ani słowem. Posadził ją na łóżku, przyklęknął przed nią i spytał, czy się na niego gniewa. Odwróciła głowę, żeby spojrzeć w tarasowe okna. Zamiast czerni otulającej zatokę ujrzała tylko odbicie siebie samej i Karima, człowieka, który stanowił dla niej coraz większą zagadkę, choć wcale tego nie chciała. Bóg jej świadkiem, że starała się o nim zapomnieć, traktować go jak Rachata czy Gastona, ale to było niemożliwe. Zwłaszcza, gdy spała. W snach potrafiła znacznie szybciej dotrzeć do niewygodnej prawdy, niż na jawie. Kontrolowała myśli, ale gdy śniła, wszystko wyglądało inaczej.
„Dlaczego taki jesteś? – zadawała mu bezgłośnie pytania. – Raz dobry, czuły, troskliwy? A za chwilę zmieniasz się w kogoś, kogo boję się tak bardzo, że tracę rozum, oddech...”
– Gniewasz się? – powtórzył. – I słusznie. Trochę przesadziłem.
„Przesadziłeś?!” – żachnęła się w myślach. Odruchowo potarła ramię. Nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć, że na skórze pojawiły się siniaki, ślady po tej jego lekkiej „przesadzie”.
– Nie odezwiesz się? – powiedział, kładąc dłoń na jej kolanie.
W końcu popatrzyła na niego. Powoli zsunęła jego dłoń i zapytała dobitnie:
– Kim. Jest. Viviane.
– Viviane – powtórzył, podobnie jak ona przybierając oznajmujący ton.
– Viviane.
Nagle ciszę sypialni zakłócił delikatny dźwięk dzwonka telefonu. Karim przez moment próbował go zignorować, ale gdy ktoś zadzwonił ponownie, przeprosił Fabianę, wstał i wyszedł na taras. Wrócił po kilku minutach. Jego twarz, już i tak zmęczoną, przeszywał co chwilę delikatny skurcz mięśni.
– Muszę pilnie wyjechać – oznajmił i wyszedł.
– Krzyż na drogę – westchnęła Fabiana.
Opadła plecami na łóżko, zamknęła oczy i pomyślała, że już nigdy, przenigdy, nie odezwie się do Karima ani słowem. „Dobrze, że wyjechał. Odetchnę. Muszę złapać dystans, potrzebuję czasu, żeby to przemyśleć i może nawet zapomnę o tym uczuciu. Tylko dlaczego już mi go brak? – zawyła w duszy. – Skąd ta przeklęta pustka i tęsknota?”

***
– O, kochana! Jeśli myślisz, że tym razem pozwolę ci na te twoje smutki i głodówki, jesteś w grubym błędzie! – Alija stała nad Fabianą, a jej oczy ciskały gromy.
Była niemożebnie zła. Prawda taka, że najbardziej na Karima, ale Chan wyjechał. Postanowiła więc rozmówić się z Fabianą, bez względu na to, że jej pani wyglądała jak kupka nieszczęścia: nie zdjęła sukienki, nie zmyła makijażu, a śliczna wieczorowa fryzura zmieniła się we wronie gniazdo. Leżała w rozbebeszonej pościeli, na poduszce wymazanej kosmetykami, a obok niej leżały brudne z trawy buty.
– Naprawdę, nic mi nie jest – odburknęła Fabiana.
Może gdyby jej wygląd robił lepsze wrażenie, Alija łatwiej by uwierzyła, że nic się nie stało, ale to wszystko, co zastała po otwarciu drzwi sypialni i pobieżnym rzucie oka, sugerowało coś innego.
– Co ten... – nagle zacięła się, zauważając siniaki na obu ramionach Fabi. – Co ten zapchlony pies ci zrobił?! Zabiję go, jak wróci! Przysięgam! – Usiadła przy niej i nachyliła się, żeby dokładnie zobaczyć sinofioletowe placuszki po palcach Karima. – Zabiję go! Co się stało?! Mów zaraz!
– Nic. Błagam, daj mi spokój – odparła Fabiana i odwróciła się do niej plecami.
– Nie dam ci spokoju.
– To nie dawaj.
– Fabi... – jęknęła Alija. – Proszę, tylko nie to... Porozmawiaj ze mną. Co się stało? Uderzył cię?
– Nie.
– To skąd te sińce?
– Chwycił mnie za ramiona.
Fabiana prawie niezauważalnie pokręciła głową, żałując że to powiedziała. Jakie miało znaczenie, co zrobił jej Karim. To i tak nic nie zmieniało. Zawsze gardziła mężczyznami, którzy stosowali przemoc wobec kobiet i musiała mieć wyjątkowego pecha, bo ostatnio tylko tacy stawali na jej drodze.
– Za ramiona? A co z twoją stopą? – Nic się nie ukryło przed czujnym spojrzeniem Aliji.
– Skaleczyłam się, bo wracałam z przyjęcia w jednym bucie. I wcale nie przez alkohol – dodała sarkastycznie. – Byłam trzeźwa jak szczygieł. Uwierz. Trzeźwa, posłuszna, miła i punktualna.
– Fabi... – zabrzmiało groźnie.
– Ech... – burknęła Fabiana, czując, że nie wygra z uporem Aliji. Usiadła i zerknęła na nią z niechęcią. – Stałam przy basenie, gadałam z takim jednym chłopakiem, który tam był, z obsługi. Pokazywał mi lustra na dnie basenu i wtedy wpadł Karim, wepchnął Ericka, czyli tego chłopaka, do basenu, a mnie...
– O matko – przerwała jej Alija. Złapała się za usta i potrząsnęła głową.
– Karim. Ma. Coś. Z głową – wycedziła Fabiana. – Zrobił mi awanturę, bo stałam i patrzyłam na dno basenu! Wyobrażasz sobie? Szarpał mną, wrzeszczał. Najpierw pozwolił mi wyjść do ogrodu, a za chwilę przybiegł tam, pchnął mnie na ziemię, potem postawił na baczność i zjechał jak psa, potem wlókł za sobą, właśnie wtedy zgubiłam szpilkę – doprecyzowała. – A na jachcie? Czule się mną zajął, opatrzył stopę, nawet wrócił po buta, zaniósł mnie do samochodu, przyniósł tutaj, a na okrasę powiem, że gdy pędził do nas, wykrzykiwał imię jakiejś Viviane. Przykro mi to stwierdzić, ale twój ukochany Chan jest p i e r d o l n i ę t y – oznajmiła, akcentując ostatnie słowo. – Pierdolnięty na całego. Schizofrenia? – Spojrzała na lewe ramię, gdzie prawa, silniejsza dłoń Karima, zostawiła po sobie wyjątkowo malownicze ślady.
– Viviane... – powtórzyła szeptem Alija.
– Owszem. Oczywiście ty też mi nie powiesz, kim jest tajemnicza Viviane i dlaczego Karimowi tak odbiło. Dlatego daruj sobie to swoje fałszywe współczucie, te kłamstewka i niedopowiedzenia i zostaw mnie samą – fuknęła, nadal skupiając wzrok wyłącznie na swoim ciele. Przesunęła się na brzeg materaca, zgięła nogę i położyła stopę na kolanie, żeby ją pooglądać. Nie było źle. Do podbicia wbił się ostry kamyczek, Karim wyjął go i zdezynfekował to miejsce. Już wytworzył się mały strupek. Skóra wokół nie bolała, ale i tak Fabiana postanowiła, że posmaruje rankę maścią z antybiotykiem. Miała taką, z „poprzedniego” życia. – Jeszcze tu jesteś? – burknęła do Aliji, z zainteresowaniem wpatrując się w spód stopy.
– A żebyś wiedziała, że ci wszystko powiem! – Nagle Alija zerwała się z łóżka, stanęła na środku pokoju i wycelowała w Fabianę wskazujący palec. – A żebyś wiedziała.
– Już się boję – parsknęła Fabiana. Opuściła nogę na dywanik i spojrzała na Aliję nieco kpiąco. – Więc? – Przechyliła głowę.
– Viviane to...
– To...
– Była żona Karima – wykrztusiła z trudem Alija.
– Żona? – zapytała Fabiana, zaskoczona obrotem sprawy.
– Tak.
– I co z nią?
– Nie żyje. Przecież powiedziałam, że to jego była żona.
– Umarła? Jezu... – jęknęła Fabiana. Nagle spostrzegła, że czoło Aliji pokryło się lekkim szronem wilgoci. – Będziesz miała kłopoty?
– Pewnie tak, ale mam to gdzieś. Chan może mnie zwolnić, choćby dzisiaj – odparła z mocą. – Zaoszczędziłam trochę kasy, starczy na minimum pół roku życia we Francji. Mam francuskie obywatelstwo, poradzę sobie sama. Znajdę pra...
– Jak ci Karim pozwoli – weszła jej w słowo Fabiana.
– Masz rację. – Nagle Alija poczuła, jak uchodzi z niej cała para. Oklapła, niczym przekłuty balon, myśląc, że jest beznadziejna, skoro nie potrafiła nigdy postawić się Chanowi. – Ciebie uprowadził siłą, ale ja? Boję się życia, samodzielności. Niewolnica na własne życzenie. Tchórz! Jestem tchórzem – powiedziała z goryczą.
– Nieprawda. Nie jesteś tchórzem. Sorry za tamto. Nie powinnam była tak do ciebie mówić. Przepraszam.
– Nic się nie stało. Masz rację, już najwyższy czas, żebym była wobec ciebie szczera. Tym bardziej, że... – Alija znacząco wskazała brodą na miejsce, w którym kiedyś wisiała kamera. Przysunęła wózek ze śniadaniem bliżej łóżka i usiadła przy Fabianie. – Zjedz coś. Kiepsko wyglądasz. – Zaśmiała się cicho i musnęła jej policzek pomazany tuszem do rzęs.
– Zaraz. – Fabiana położyła rękę na przygarbionych plecach Aliji i przytuliła ją. – Nie jesteś żadnym tchórzem. Wręcz przeciwnie, trzeba mieć sporo odwagi, żeby żyć z takim szefem.
– Jesteś kochana – odparła Alija.
– To ty jesteś kochana. Pić mi się chce. – Fabiana sięgnęła po filiżankę, żeby nie poddać się wzruszeniu, które ją ogarnęło na widok poczerwieniałych oczu Aliji. Napełniła ją po brzeg gorącym naparem. Upiła kilka małych łyczków i odstawiła, żeby wystygło. – I pomyśleć, że kiedyś nie znosiłam czaju. To co z tą Viviane? Powiesz mi coś jeszcze? – Jej głos zdawał się brzmieć spokojnie, ale tylko na pozór. Musiała przyznać, że coś ukłuło ją w sercu, gdy usłyszała słowo „żona”. Ukłuło tak boleśnie, że ciągle to czuła. – Dawno zmarła?
– Dwa lata temu.
– Och! – Fabiana odruchowo przytknęła dłoń do ust. – Dwa lata temu? Niedawno. – Zagryzła kącik ust, myśląc, że to trochę usprawiedliwia dziwne zmiany nastroju u Karima. – Ile miała lat?
– Była bardzo młoda. Młodsza od Chana.
– Okropne. – Fabiana poczuła, jak jej ciało pokrywa się gęsią skórką. – Wypadek?
– Opowiem ci wszystko, ale...
– Mam o tym zapomnieć?
– Tak. To się zdarzyło pół roku po ich ślubie – zaczęła Alija. – Oczywiście wzięli cywilny ślub, ze względu na różne wyznania – doprecyzowała. – Karim zaplanował wyjazd na urlop. Viv go uprosiła, bo spędzali ze sobą zbyt mało czasu. Wtedy też ciągle wyjeżdżał. Wiecznie interesy i interesy. – Zerknęła porozumiewawczo na Fabianę. – Polecieliśmy na Filipiny, na wyspę Palawan. Puerto Princessa... – rozmarzyła się na chwilę – piękne miejsce.
– Polecieliśmy? – Fabiana sprowadziła ją z powrotem do Cap Martin.
– Tak. Chan z żoną, ja i Seryk, jego brat. Służyłam Viv, jak teraz służę tobie – wyjaśniła.
– A Seryk? Dla towarzystwa?
– Tak. Głównie mojego. – Alija blado się uśmiechnęła. – Chan zawsze mówił, że chce nas wyswatać, ale Seryk nigdy mi się nie podobał. Nie był w moim guście. – Wzruszyła ramionami. – Kto wie, po co zabrał go ze sobą.
– A ty mu się podobasz?
– Nie. Nigdy mu się nie podobałam – odparła Alija. Fabi już miała na końcu języka pytanie, co się z nim stało, skoro Alija wyraża się o bracie Karima w czasie przeszłym, ale postanowiła spokojnie poczekać na rozwój historii. – Byliśmy tam już ponad tydzień, gdy zdarzył się ten okropny wypadek. Od rana wisiało coś w powietrzu, wszyscy byli nerwowi. Mieszkaliśmy w małej willi z basenem. Miałam osobny pokój, zaraz naprzeciw apartamentu Chana i Viv, słyszałam jak się kłócą. Zresztą kłócili się już wcześniej, ale wtedy starałam się wychodzić, żeby tego nie słyszeć. Czasami Seryk dotrzymywał mi towarzystwa, a czasami sama spacerowałam po okolicy, albo szłam na plażę. Pięknie tam jest. Raj.
– Tu też jest pięknie – powiedziała Fabiana. Napełniła swoją filiżankę czajem i podała Aliji.
– Wieczorem znów się zaczęli sprzeczać, słyszałam ich przez dwoje drzwi i korytarz, tak byli głośno. Na szczęście obsługa przywiozła jedzenie i nakryła stół do kolacji, więc skończyli wrzeszczeć. Zeszliśmy na dół do jadalni, nawet coś zdążyłam zjeść, ale z minuty na minutę było coraz gorzej.
– Awanturowali się przy stole? – Fabiana uniosła brwi.
– Nie kłócili się, ale te spojrzenia... – Alija pokręciła głową. – W końcu Seryk powiedział, że jedzie do centrum do jakiegoś klubu nocnego, a ja wymówiłam się bólem głowy i wróciłam do pokoju. Zażyłam coś na sen i odpłynęłam. Zawsze nastawiałam budzik na szóstą rano, żeby wstać, oporządzić się i o ósmej już być gotową, ale nie zdążył mnie obudzić. Przed piątą rozpętało się piekło. – Upiła trochę czaju, bo zaschło jej w gardle. – Usłyszałam krzyki Chana dobiegające z ogrodu, wybiegłam na mały balkonik i wtedy ją zobaczyłam.
– Viviane?
– Tak. Basen był zaraz pod moimi oknami, może pięć metrów od ściany budynku. Niewielki, prostokątny, niezbyt głęboki. W ogóle z niego nie korzystaliśmy, bo komu by się chciało pływać w takiej sadzawce? – Zaśmiała się blado, opierając na Fabianie szkliste spojrzenie. – Panienka Viv leżała na dnie, a Karim stał nad nim i przeraźliwie krzyczał. Potem skoczył do wody, wyciągnął Viviane, ale wiadomo było, że panienka już nie żyje. Nigdy nie zapomnę, jak klęczał, tuląc ją i płacząc. Patrzył w niebo, krzyczał jej imię, a potem znów dociskał twarz do jej mokrych włosów i tulił jak dziecko... – wyszeptała. Po jej policzkach płynęły łzy. – Przyjechał ambulans, dwóch sanitariuszy i lekarz. Od razu stwierdzili, że Viv nie żyje. Lekarz powiedział, że zmarła kilka godzin wcześniej, zresztą wszystko się nagrało. Gdyby nie monitoring, niewiadomo jakby się to skończyło.
– Alibi?
– Tak. Nikt z nas go nie miał. Mimo nagrania, policja przesłuchała wszystkich. Viviane po kolacji wróciła z Chanem do apartamentu. Ponoć znów się posprzeczali i stwierdziła, że wybiera się do centrum, do Seryka. Ale nie dotarła. Plątała się po ogrodzie, zaszła na chwilę do domu, potem widać było, że zabrała jakiś alkohol. Piła prosto z butelki i chodziła bez celu. Podeszła do basenu i potknęła się. Tam była kratownica z odpływem, a Viviane chodziła w klapkach na szpileczce. Obcas wpadł w jedną z dziurek, Viv straciła równowagę i wpadła do wody.
– Nie usłyszałaś?
– Nie. Spałam jak zabita. Zamknęłam okna, bo noc była wyjątkowo parna i duszna. Nie słyszałam... – Alija się stropiła. – Nigdy sobie tego nie wybaczę. Tylko ja miałam sypialnię od tej strony ogrodu.
– Utopiła się przez alkohol? Czy nie umiała pływać? – Fabiana nie potrafiła zrozumieć, jak to możliwe.
– Nie była pijana. Widziałam to nagranie, piła wino, zdążyła opróżnić może ćwierć butelki? A pływała doskonale. Panienka Viv startowała w zawodach, w pływaniu synchronicznym. Jej team zdobył brązowy medal na ostatniej olimpiadzie.
– Więc?
– Upadając, uderzyła głową w metalową barierkę przy schodkach do basenu. To była naprawdę sadzawka, raczej dla dzieci niż dla kogoś, kto pływa zawodowo. Viviane uderzyła w nią skronią i straciła przytomność. Zanim ją odzyskała... Gdyby ktoś był przy tym, zobaczył, na pewno dałoby się ją uratować. – Alija otarła łzy. – Sekcja wykazała tylko lekki wstrząs mózgu. Przecież to nic strasznego.
„Nic, pod warunkiem, że nie leżymy twarzą w wodzie” – pomyślała wstrząśnięta do głębi Fabiana. Już zrozumiała wszystko: wczorajsze zachowanie Karima, brak basenu przy rezydencji... Prawie wszystko, bo jeszcze kilka pytań cisnęło się na usta.
– Dlaczego Karim nie poszedł za nią? Pozwolił jej jechać do klubu? Nie sprawdził, gdzie się podziewa? – Przymrużyła oczy.
– Nie wiem. Nigdy go o to nie spytałam. Nie miałam odwagi. – Alija dolała czaju do filiżanki i opróżniła ją duszkiem, choć napar nadal był gorący. – Nikt nie miał odwagi. Chan oszalał. Pozwał firmę, do której należała ta willa. Puścił ich z torbami, choć nie uczynili nic złego. Nie oglądali na bieżąco nagrań z kamer usytuowanych przy willach, ze względu na prawo do intymności osób, które w nich przebywały.
– Wobec tego, po co je zamontowali?
– Przydawały się właśnie w takich sytuacjach, jak wypadek Viviane. Ponoć kilka lat wcześniej, mieli jakieś problemy z gośćmi i stąd dyskretny monitoring.
– To straszne. – Fabiana ścisnęła drżącą dłoń Aliji. – Straszny wypadek. Głupia śmierć. Taka młoda dziewczyna...
– Czasami mała, z pozoru nieważna decyzja, potrafi zmienić całe nasze życie. Gdyby Chan poszedł jej poszukać, albo ja nie wzięłabym tabletki na sen, Seryk nie wybrał się do tego klubu... – zawiesiła głos. – Cokolwiek, decyzja któregoś z nas, Chana, Seryka, moja... Byłoby inaczej.
– Nie obwiniaj się. – Fabiana pogłaskała ją po dłoni.
– Do dziś nie mogę się z tym pogodzić. Viv była taka pełna życia. Jakby czuła, że umrze młodo. Była jak... – Alija zamilkła, szukając właściwego słowa – jak szczeniaczek. Wesoła, trochę hałaśliwa. Wszędzie jej było pełno. Uwielbiała tańczyć i śpiewać, choć akurat to ostatnie niezbyt dobrze jej wychodziło. Nie miała głosu. – Parsknęła pod nosem. – Lubiła się stroić, chodzić na zakupy, jeździła na pokazy mody do Włoch. Pierwsze wrażenie? Płocha i próżna, ale nikomu to nie przeszkadzało. Chan obsypywał ją prezentami. Lubiła małe pieski, więc kupił jej dwa takie maleńkie psiaki, rasy chihuahua. Mówił, że są głupie, ale nigdy przy panience, bo od razu na niego krzyczała. Fluffy i Daisy. Zabierała je wszędzie ze sobą, nawet spały z panienką.
– I z Karimem? – Fabiana nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
– Chan jadł jej z ręki. – Zaśmiała się Alija. – Dosłownie i w przenośni. Czasami Viv zbiegała do kuchni, do Sary, i piekła dla niego tartę z owocami. Jedli ją potem w łóżku, a rano Chan śmiał się, że wszędzie ma okruchy ciasta.
– Musiał ją bardzo kochać – westchnęła Fabiana, dusząc w sobie uczucie zazdrości.
– Wszyscy ją lubili. A Chan? Szalał za nią. Nazajutrz po jej śmierci ogolił głowę i przez trzy dni tkwił przy tym basenie i się modlił. Ech... – Alija przełknęła ślinę. – Nie jadł, nie spał, nie dopuszczał do siebie nikogo. Siedział jak otępiały, nie reagował, nie chciał nikogo widzieć, ani z nikim rozmawiać. Gdy wróciliśmy z Filipin, kazał zasypać basen. Wszystko, co wiązało się z panienką, zniknęło. Jej ubrania, obrazy, zdjęcia, wszyściuteńko. Dobrze, że Avril zapobiegawczo zabrała pieski i dała je komuś, jakiejś swojej sąsiadce – westchnęła. – Chyba nie chcę o tym mówić, to takie...
– Świeże?
– O tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo. – Alija popatrzyła na twarz Fabiany i poczuła, jak ból ściska jej serce. – Mam nadzieję, że kiedyś Chan znów pokocha równie mocno jakąś kobietę.
– Ciężko mu będzie znaleźć taką samą.
– Nie żywisz już do niego urazy? – zapytała z troską Alija.
– Nie wiem – odpowiedziała szczerze Fabiana. – Nie wiem. Ta smutna historia wiele tłumaczy, ale... – spuściła wzrok na posiniaczone ramię. – On mnie tu przetrzymuje, więzi. Czasami jest gwałtowny i brutalny, nie tylko wobec mnie, ale ciebie i innych. Boję się go. Ty też się boisz. Czy to jest dobre? Czy da się żyć pod jednym dachem z człowiekiem, przed którym czujesz paniczny strach? To nie jest normalne. To zabija. Zabija wszystkie dobre uczucia. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Ledwie w moim sercu zakiełkuje jakaś sympatia do niego, on ją depcze.
– Coś ci powiem, ale nie pytaj, jeśli nie zrozumiesz do końca. Są dwie najgorsze sytuacje, które mogą spotkać człowieka: bezsilność i jej przeciwieństwo: pełna władza i kontrola, zwłaszcza ta nad cudzym życiem. Gdy w rękach dzierżysz czyjś los i dokonujesz wyboru za tego człowieka, może dopaść cię coś na kształt obłędu, jakiegoś szaleństwa. Ludzki umysł jest zbyt słaby, żeby podejmować ostateczne decyzje, a...
– Mówisz o Karimie? – przerwała jej Fabiana, czując na plecach zimne liźnięcie strachu.
– Mówię ogólnie. – Alija wyraźnie się speszyła. Czuła, że zabrnęła za daleko w obronie Chana, ale nie mogła wycofać słów, które padły. – Chcę powiedzieć, że najważniejsze są intencje. Tylko dlatego cierpliwie znoszę wyskoki Karima. Bo patrzę na intencje.
– Jedno muszę przyznać – odpowiedziała po chwili Fabiana. – Od kiedy go znam... Nie wiem, jak to wyrazić? – zaśmiała się. – Mam wrażenie, że zajął część mojego mózgu. Jakby kontrolował mój rozum, narzucał myślenie o sobie. Boże! – Plasnęła się w czoło. – Bredzę.
– A serce? – Alija przymrużyła oczy.
– Serce?
– Tak. Czy zajął część twojego serca?
– A nawet jeśli, jakie to ma znaczenie? – odpowiedziała po namyśle Fabiana. – Gdy widzę, jak obchodzi się z kobietami, jak traktuje ciebie, mnie. A Sandrine? Tę dziewczynę, która przyszła tu ulżyć jego żądzom? Potraktował ją jak rzecz. Jak można kochać takiego człowieka?
– Niektórych ciężko kochać, ale nienawidzić jeszcze trudniej – stwierdziła filozoficznie Alija.
– A być obojętnym?

– Wobec Chana? Niemożliwe...

sobota, 4 marca 2017

Kryształowe serca - rozdział 10

Rozdział 10

Przez cały maj na Cap Martin nie spadła ani kropla deszczu, a słońce przypiekało już od świtu. Morze zdążyło się nagrzać i na Lazurowe Wybrzeże przyjeżdżało coraz więcej turystów złaknionych dobrej pogody i wypoczynku. Na szczęście Karim nie musiał szukać miejsca do relaksu nad wodą. Miał swoje. Niewielka zatoczka granicząca z piaszczystą plażą, ogrodzona z dwóch stron kamiennym murem, a od strony rezydencji siatką dyskretnie ukrytą w wysokim żywopłocie, była prawdziwym rajskim zakątkiem. Jego prywatnym zakątkiem, bo prócz niego i kiedyś Viviane, nikt nie korzystał z tego skrawka malowniczego wybrzeża Cap Martin.
Avril przygotowała kosz piknikowy, wypchała go po brzegi smakołykami i gdy Chan zaszedł do kuchni, wręczyła go mówiąc z uśmiechem: „Jedzenia na trzy dni”, a Karim wtedy dodał żartobliwie: „I trzy noce?”, czym nieco zawstydził zarówno swoją pracownicę jak i Fabianę, stojącą tuż obok. Niestety rozczarowała go, jeśli mowa o stroju kąpielowym. Założyła biały top na ramiączkach, dżinsowe szorty, a co do stroju, wymówiła się niedysponowaniem. Lepsze to niż paradować przy Karimie w skąpym bikini, bo tylko takie modele znalazła w przepastnych szufladach z bielizną. Szczerze mówiąc uważała się za kompletnie głupią i niekonsekwentną, bo przecież niecałe trzy tygodnie temu Karim miał okazję widzieć ją całkiem nago. Nie potrafiła zrozumieć niektórych swoich zachowań. Z jednej strony cieszyła się, że spędzą razem trochę czasu i byłaby bardzo rozczarowana, gdyby Karim nie przyszedł do jej sypialni w południe i nie zapytał: „Gotowa?”, a z drugiej, aż ścisnęło jej żołądek, gdy wziął ją za rękę zaraz po wyjściu z rezydencji.
Rozłożyli miękki koc na piasku, Karim ustawił na środku koszyk, przyklęknął i od razu do niego zajrzał, choć wcale nie był głodny. Też czuł dziwne skrępowanie tą sztuczną sytuacją. Miał strugać pajaca i odstawiać błazenadę, żeby zabawić pannę Czekaj? Żałował, że wymyślił ten głupi piknik.
– Zjesz coś? – zapytał sadowiącą się obok Fabianę. – Avril naprawdę się spisała.
– Nie jestem głodna, ale chętnie się czegoś napiję. Okropny skwar – stwierdziła Fabi, patrząc przed siebie. Gdyby mogła, zerwałaby z siebie wszystkie ciuchy i wbiegła do morza. Ale nie przy Karimie.
– Jeśli chcesz, możemy trochę pospacerować przy brzegu – zaproponował, podając jej butelkę wody evian.
– Niewielki ten nasz spacerniak – bąknęła ironicznie. – Trzydzieści metrów?
– Dla nas dwojga wystarczy – odparł niezrażony Karim. – Lubię to miejsce. Nie podoba ci się tutaj? – Odwrócił w lewo głowę, żeby spojrzeć na skały otulone niezliczoną ilością małych sukulentów i porostów. – Szkoda – westchnął bardziej do siebie, niż do niej.
– Nie powiedziałam, że mi się nie podoba. – Fabiana zakręciła pustą butelkę i schowała ją do koszyka. Zerknęła w to samo miejsce, które obserwował Karim i z zachwytem przyglądała bujnie kwitnącym roślinkom. Ich maleńkie drobne kwiatuszki rozlewały się barwnymi plamami, jakby wyszły spod ręki impresjonisty. Tkwiły na tej nieprzyjaznej skale, czepiając się korzonkami do drobin mało żyznej gleby, ale jakoś przetrwały, dzielne mimo palącego słońca i wiatru, który szarpał nimi bezlitośnie. – Pięknie tu. Jak w raju.
– Pięknie – potaknął Karim. – Ale w Kazachstanie też pięknie.
– Wszędzie pięknie, gdy człowiek może oddychać wolnością – powiedziała po chwili. – Gdy ma jakieś marzenia, może je spełniać...
– Jeżeli człowiek upada na duchu, to jego koń nie może skakać – powiedział. – To nasze ludowe przysłowie. Masz jakieś marzenia? – Spojrzał na nią.
– Ja? – Fabiana parsknęła pod nosem. Objęła kolana rękami i oparła między nimi brodę. – Nie mam żadnych marzeń. Moje życie... – zamilkła, szukając odpowiedniego słowa – moje życie się zawiesiło. Nie mam gruntu, oparcia, celu, ani pojęcia o przyszłości. Nic. Pustka.
– Jesteś aż tak nieszczęśliwa?
– A co to jest szczęście? – zapytała na pozór swobodnie Fabiana, bo ich oczy nagle się spotkały. Czuła jak ulega zagadkowemu spojrzeniu Karima, topniała pod jego wpływem. Nie mogła tego znieść, szybko odwróciła twarz w stronę słońca i przymknęła powieki.
– Wiem, co to szczęście dla mężczyzny – odparł.
– Naprawdę? – mruknęła Fabiana.
– Rodzina, żona, dzieci, dobry przyjaciel... – zaczął wymieniać, ale mu przerwała.
– Ciekawe. – Zaśmiała się, nadal nie patrząc na niego. – Czy ktokolwiek z twoich pracowników ma rodzinę, żonę, dzieci? A może biorą przykład z Chana? – Podkreśliła ostatnie słowo.
– Radik jest zakochany – zażartował Karim, myśląc że musi zmienić klimat tej rozmowy z filozoficznego na humorystyczny. – W Avril.
– To dlaczego nie są razem?
– Bo Avril podobnie jak on, gustuje w kobietach – powiedział, czując że wzbudzi tym ciekawość Fabiany. Nie mylił się, otworzyła oczy i spojrzała na niego, podejrzliwie marszcząc czoło. – Z kolei Radik jest obiektem westchnień Aliji, ale on nawet na nią nie popatrzy.
– Alija zakochana w Radiku? – Fabiana wywróciła oczami, bo zdało się jej to równie głupie jak nieprawdopodobne. Co jak co, ale tak dobrze wykształcona dziewczyna nie pasowała do takiego prostaka.
– Żartowałem. – Zaśmiał się cicho Karim.
– A ty?
– Ja?
– Byłeś kiedyś zakochany? – Przymrużyła oczy, bo raziło ją słońce.
– Kiedyś byłem. – Wzruszył ramionami.
– I co się stało?
– Odeszła – odparł po chwili.
– Czujesz się samotny?
– A ty?
– Teraz tak. Siłą rzeczy – rozejrzała się wokół.
– Zanim tu przyjechałaś, nie byłaś?
Już miała sprostować, że nie przyjechała, lecz została przetransportowana jak paczka, ale co by to dało?
– Masz rację. Tymon był raczej moim współlokatorem, niż chłopakiem – wyznała szczerze. – Żyliśmy razem, ale osobno. Łączył nas seks i dostęp do mojego konta. Miłość to zaufanie, patrzenie w jedną stronę tym samym wzrokiem, budowanie czegoś razem, a to wszystko było niemożliwe między nami.
– Mocne to słońce. – Potarł oko.
– Chyba się nie wzruszyłeś moją smutną historią? – Uniosła brwi, rozbawiona jego miną.
– Łatwo zmiękczyć moje serce – powiedział, sięgając do kieszeni bojówek, żeby wyjąć okulary przeciwsłoneczne.
– Nosisz okulary? – Fabiana rozchyliła ze zdumieniem usta.
– A czemu nie? – Odwrócił się, żeby nie widziała, jak zdejmuje przepaskę i skrywa oczy za prawie czarnymi szkłami raybanów. – Zawsze prowadzę w okularach – wyjaśnił. – Policja nie przepada za piratami na drodze. Dosłownie i w przenośni – dodał, znów zwracając twarz w stronę Fabiany. – I jak?
– Nieźle – mruknęła z uznaniem, bo rzeczywiście Karim wyglądał znacznie lepiej bez swojego pirackiego atrybutu. – Masz szklane oko? – zapytała, nie mogąc się oprzeć i czując, że chyba spiekła lekkiego raka, bo mimo wszystko to pytanie trąciło pewną intymnością. 
– Tak. Wyjąć? – zaproponował i kilka razy znacząco uniósł brwi.
– Nie – odpowiedziała natychmiast Fabiana, dopiero po sekundzie zauważając, że Karim znów żartował.
– Brzydzisz się?
– Nie – skłamała. – Po prostu nie wyobrażam sobie pustego oczodołu. – Tym razem postawiła na szczerość.
– Mam dwa.
– Dwa?
– Jedno zapasowe – odparł takim tonem, że nie mogła dojść, czy znów żartuje. – Szwajcarska jakość. Idealnie dopasowane, wygodne, a czasami przydatne do różnych celów.
– To znaczy? – Fabiana przekrzywiła głowę.
– Można się z kimś założyć, że poliżesz własne oko. Wyjmujesz, liżesz i wygrana twoja! – Zaśmiał się.
– Przestań. – Aż nią otrzepało.
– Kwestia przyzwyczajenia.
– Wiesz co?
– Co?
– Chcę je zobaczyć, ale nie wyjmuj – dodała naprędce, żeby mu czasem nie strzelił do głowy jakiś głupi pomysł. Wyciągnęła rękę, chcąc zdjąć okulary.
Odchylił się, bo wolał sam to zrobić. Zdjął raybany, kilka razy zamrugał i popatrzył na Fabianę spod przymrużonych powiek. – A teraz jak?
– Miałeś rozciętą powiekę? – spytała cicho, niemalże szeptem, bo wyglądało to dosyć dziwnie. Przez środek powieki biegła czerwona blizna, lekko deformując jej kształt przy linii rzęs.
– Tak.
– Jezu... – odruchowo jęknęła po polsku. – To musiało boleć. – Wyraźnie się wzdrygnęła.
– Mogę już założyć? – Podniósł okulary, a gdy nie zareagowała, włożył je z powrotem na nos. – Trochę bolało, ale jak widać, przeżyłem – skwitował, starając się stłumić emocje.
– Myślałam, że będzie takie samo... – zająknęła się, nie wiedząc czy powinna kontynuować. Dopiero teraz do niej dotarło, że oczy Karima wyglądały inaczej, niż przewidziała. Coś jej nie pasowało.
– Sztuczne oko nigdy nie będzie identyczne, jak własne. Źrenica ludzkiego oka pracuje, a szklanego nie. Może dlatego wydają ci się różne – zasugerował, drapiąc się po podbródku, bo znów zaciął się przy goleniu i to dosyć mocno. – Tępa żyletka – wytłumaczył obecność sporego strupka.
Fabiana już miała zaprzeczyć, ale ugryzła się w język. Oczy Karima nie wydały się jej różne. Było odwrotnie. Miała wrażenie, że Karim patrzy na nią, jak człowiek mający zdrowe oczy. Wprawdzie ciężko było zauważyć źrenice na tle równie ciemnych, prawie czarnych tęczówek, ale ruch gałek ocznych już tak, a ona nie mogła oprzeć się odczuciu, że przez krótki moment Karim skupił wzrok w jednym punkcie. „Ech, znów doszukujesz się czegoś, czego nie ma” – ofuknęła się w duchu.
– Alija mówiła, że pół roku nosisz brodę, a drugie pół chodzisz bez – zagaiła, żeby przestać już o tym myśleć.
– Że też nie macie innych tematów, jak moja broda? – Parsknął śmiechem.
– Gdybyś miał tyle czasu ile mam ja, miałbyś różne tematy. – Fabiana wydęła usta. 
– Wiesz co to nouruz?
– Nie.
– To taki nasz Nowy Rok, ale obchodzony dwudziestego pierwszego marca.
– Pierwszy dzień wiosny?
– Tak, równonoc wiosenna. Obchodzimy ją wyjątkowo uroczyście. Jest wielkie ognisko, zabawy i tańce. Skaczemy przez ogień, a gdy mieszkałem w Kazachstanie, brałem udział w wyścigach konnych. To największe święto, najważniejsze. Właśnie wtedy golę brodę. A gdy mija lato i zaczyna się jesień...
– Równonoc jesienna? – podpowiedziała Fabiana.
– Wtedy zaczynam ją zapuszczać.
– A czemu tak?
– Nie wiem. Od lat golę brodę na nouruz i zapuszczam na zimę. W lecie gorąco, więc wygodniej bez brody, ale gdy ją zgolę, uwierz – przez dobry tydzień żałuję, że to zrobiłem. Postanawiam, że już nigdy więcej, a potem mija lato, jesień, zima, a na wiosnę znów brzytwa idzie w ruch. Trochę to bez sensu. – Potrząsnął głową.
– Czy wszystko musi mieć sens?
– A nie powinno mieć? – odpowiedział pytaniem.
– A co z Nowym Rokiem? Tym naszym?
– Też obchodzimy. Pewnie pomyślisz, że coś z nami nie tak, ale mamy choinkę i kogoś na podobieństwo Świętego Mikołaja. Ajaz Ata, czyli śnieżny dziadek, przynosi prezenty, ale tylko grzecznym dzieciom – dodał, rzadkim u niego melancholijnym tonem, bo na moment jego myśli poszybowały do czasów dzieciństwa.
– Na szczęście dopiero zaczął się czerwiec – westchnęła Fabiana, myśląc o tym, jak przygnębiające były ostatnie święta. Spędzali je we dwójkę z Tymonem i choć jeszcze wtedy nie było między nimi tak źle, musiała przyznać, że ta Wigilia okazała się wyjątkowo smutna.
– Dostałem zaproszenie na przyjęcie – powiedział Karim, wyrywając ją ze wspomnień. Znów zmienił temat, bo wyjątkowo nie szła mu dzisiaj ta rozmowa. Rwała się na kawałeczki i co chwilę przybierała niewłaściwy kierunek albo schodziła na manowce. – Urodzinowe party w prawdziwym pałacu.
– A gdzie?
– W Saint Tropez. W sobotę – doprecyzował.
– To już za trzy dni.
– Niestety.
– Często bywasz na przyjęciach?
– Nie lubię takich sztywnych spędów.
– Tak myślałam. – Usta Fabiany zadrgały w lekkim uśmiechu.
– Uważasz mnie za gbura? – zapytał, nie czekając wcale na odpowiedź. – A może chciałabyś mi towarzyszyć? – zaproponował, niby od niechcenia, ale zdradziło go lekkie zaciśnięcie szczęki.
– Ja? – Fabiana nawet nie próbowała ukryć zdziwienia.
– Ty.
– Ale... – zacięła się, szukając jakiegoś argumentu, którym mogłaby uzasadnić odmowę. Było ich mnóstwo, lecz każdy wydawał się jej zły w tym momencie. – Może Alija byłaby lepszą kandydatką na twoją partnerkę?
– Może tak – rzucił oschle.
– Chcesz, żebym z tobą poszła? – zapytała, z trudem powstrzymując się od głośnego westchnięcia i demonstracyjnego spojrzenia w niebo. „Ciężka ta nasza gadka, jakbyśmy tłukli kamienie na drodze” – sarknęła w duchu.
– Skoro zaproponowałem?
– Dobrze, pójdę, ale uprzedzam, tancerka ze mnie kiepska.
– Bez obaw. Ja też nie jestem lwem parkietu. Prędzej niezgrabnym niedźwiedziem, którego ktoś wpuścił na salony. – Uśmiechnął się, żałując, że Fabiana nie widzi, jak porozumiewawczo do niej mrugnął.
Ulżyło mu, musiał przyznać. Od rana myślał, czy ją zaprosić, czy nie. Rozważał odrzucenie zaproszenia od Baryszkowa, ale z drugiej strony to był jeden z jego najlepszych klientów. Igor Baryszkow zamierzał hucznie uczcić siedemdziesiąte urodziny i nie wypadało odmówić. Na dodatek w gronie starannie wyselekcjonowanych osób uczestniczących w tym przyjęciu Karim mógł zawrzeć nowe, korzystne znajomości.
– Mam założyć coś specjalnego? – zaczęła ostrożnie Fabiana. Nie chciała dać po sobie poznać, ale z sekundy na sekundę czuła coraz większe podekscytowanie. Bynajmniej nie samo przyjęcie budziło w niej emocje, raczej fakt, że wreszcie choć na kilka godzin opuści swoje więzienie, wyjdzie do ludzi, spotka się z kimś spoza ścisłego grona personelu rezydencji, a wszystko „legalnie” i bez ryzyka, że srogo za to zapłaci. – Jaki charakter ma ta impreza?
– To urodziny dobrego znajomego. Na początku będzie drętwo i sztywniacko, a po północy wszyscy zrzucą maski i nie tylko, i zacznie się prawdziwa orgia – zreferował.
– Urodziny i orgia? – wydukała Fabiana.
– Wyjdziemy przed dwunastą – pocieszył ją rozbawiony Karim. – Co do stroju, Alija pomoże ci wszystko dograć.
– Uhm – mruknęła, trochę naburmuszona, bo nie wiedziała, czy Karim mówi serio, czy się z niej nabija. – A tak w ogóle to dziękuję za zaproszenie – dodała po chwili.
– Podziękujesz po przyjęciu – odpowiedział enigmatycznie.
Jeszcze godzinę spędzili na plaży, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Gdy Fabiana wróciła do siebie, padła na łóżko i dobry kwadrans rozmyślała, kim naprawdę jest Karim. „To jak fala z wysokimi amplitudami, raz jest normalnym facetem, a za moment zmienia się w prawdziwego potwora. Co z nim jest nie tak?” – próbowała pojąć jego zachowanie. Widziała, że bardzo się starał. Nawet miała to szczęście usłyszeć, jak głośno i szczerze się śmieje, gdy opowiadała mu trochę o Alku.
– Odkryłam, że zarejestrował się na forum dla As-ów.
– Asów wywiadu? – zażartował.
– To forum dla osób aseksualnych – wyjaśniła.
– Serio? Jest takie forum? – Pokręcił głową. – Ale jak? To jacyś kastraci? Eunuchy?
– Sam jesteś eunuch – prychnęła, ale ją też rozbawiło to nieco prostackie podejście do problemu.
– Póki co, straciłem oko, nie jajka – zripostował.
„Gdy chce, potrafi być miły i dowcipny” – podsumowała, czekając na Aliję, a parę minut po tym jak przyszła, przekazała jej, że będzie potrzebować sukienkę.
– Karim zabiera cię na przyjęcie? – Alija z wrażenia aż usiadła. Nie pamiętała, kiedy ostatnio Chan gdzieś się wybrał. Wiecznie jeździł po świecie, ale wyłącznie w biznesach, a tu taka niespodzianka. – Mów, jaką chcesz kieckę! – wypaliła, szczęśliwa, że będzie miała okazję wykazać się jako stylistka.
– Wszystko mi jedno, byle nie czerwoną – odparła Fabiana, sięgając po udko z kurczaka. Zgłodniała, bo w obecności Karima jej żołądek zdecydowanie odmawiał współpracy i nic nie zjadła na pikniku.
– A to niby czemu? – Alija odchyliła się lekko na fotelu i krytycznie popatrzyła na Fabianę. Prezentowała się o niebo lepiej, niż kilka dni temu. Słońce zaróżowiło jej policzki i wywołało kilka uroczych piegów na nosku, w zielonych oczach błyszczały emocje, a nawilżone morską bryzą włosy, lśniły jak nigdy dotąd. – Moim zdaniem w czerwonym będzie ci przepięknie.
– Chyba żartujesz? – Fabiana pokręciła głową. Odłożyła udko na talerzyk i otarła usta serwetką. – Nie noszę czerwonych ciuchów, bo mi nie pasują. Tobie, owszem. – Z zazdrością spojrzała na aksamitną czerń włosów Aliji.
– Pasuje mi czerwień, ale tobie też. Udowodnię ci jeszcze dzisiaj.
Nie żartowała. Kilka godzin później wkroczyła do sypialni Fabiany niosąc naręcze sukienek, zapakowanych w eleganckie pokrowce sygnowane logiem jednego z najlepszych butików w Nicei. Zlitowała się i wzięła również dwie czarne kiecki, a nawet taką z bladozielonego jedwabiu, oczywiście ręcznie malowaną. Lecz i tak jej faworytką była przepiękna, długa i prosta w formie suknia, o barwie krwistej czerwieni.
– Popatrz, jakie cudo... – wyszeptała nabożnie. Wyjęła sukienkę i zaprezentowała Fabianie. – Jest długa, ale ma rozcięcia po bokach, a z tyłu?! – pisnęła z ekscytacją – Tył jest najlepszy. – Obróciła wieszak.
– Matko, cały tyłek mi wyjdzie. Sorry, ale to nie dla mnie. – Fabiana pokręciła głową.
– A niby dla kogo? Przecież jesteś modelką. Kto, jak nie ty, powinien nosić takie kiecki? Może Sara? – Zaśmiała się ze swojego żartu, wyobrażając sobie niską i pulchną szefową kuchni w tym krwistoczerwonym ciuchu.
– To prawdziwe złoto? Raczej nie... – mruknęła Fabiana, dotykając łańcuszka biegnącego od wąskiej opaski na szyję do dołu wycięcia. Miał dobre siedemdziesiąt centymetrów długości i dosyć duże, ale bardzo cieniutkie i płaskie ogniwa.
– Złoto – potwierdziła Alija. – Powiedz, że się zakochałaś. – Jeszcze raz spojrzała zachwycona na sukienkę.
– Zakocham się, jak ty ją założysz. A tak w ogóle, czemu wzięłaś aż cztery? Można je zwrócić? Pewnie kosztowały fortunę. – Fabiana dyskretnie zerknęła na jedną z metek i aż zagwizdała pod nosem, poznając nazwę marki na którą mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi.
– Chan powiedział, że mam wziąć kilka.
– Kilka to dwie, góra trzy.
– Nieprawda. Kilka to minimum cztery. – Alija puściła jej oczko. – Przymierz.
– Nie odpuścisz?
– Nie...
– Okej, niech ci będzie. – Fabiana ustąpiła i wzięła od niej wieszak. – A co z butami? A bielizna?
– Buty są tu. – Alija wskazała brodą na wielką papierową torbę, którą przyniosła razem z sukienkami. – A bielizny nie trzeba. Wszyli specjalne miseczki.
Fabiana wzięła czarne szpilki i poszła do łazienki. Założyła suknię i wyszła nawet nie spojrzawszy w lustro.
– Łał... – jęknęła Alija na jej widok. – Łał...

Ale prawdziwe „łał” nastąpiło w sobotę. Alija przeszła samą siebie. Wreszcie mogła naprawdę pokazać, czego nauczyła się w dwuletnim paryskim studium wizażu. Nie tylko zrobiła Fabianie przepiękny, profesjonalny makijaż, z obowiązkową krwistoczerwoną szminką. Zajęła się również włosami, upięła je wysoko, a z luźnych pasm splotła warkocze i owinęła nimi koka. „Jak księżniczka! Wyglądasz jak prawdziwa księżniczka” – mówiła, co chwilę plaskając z zachwytu w dłonie.
Karim też się postarał, choć nie potrzebował pomocy, żeby ubrać się w czarny smoking. Jedynym kolorystycznym akcentem była ciemnobordowa muszka. Idealnie kontrastowała ze śnieżnobiałą koszulą i nadawała wyrazu całości. Stanął przed lustrem, ostatni raz poprawił klapy marynarki, jeszcze raz odrzucił w myślach pomysł, żeby oprócz dezodorantu i wody po goleniu użyć jakiegoś pachnidła i wymaszerował z pokoju, klnąc w duchu na niewygodne buty i zbyt wąskie w barach rękawy.
Szybko zapomniał o swoim dyskomforcie. Gdy ujrzał Fabianę, potrząsnął głową, bo miał wrażenie, że to mu się śni. Wyglądała tak pięknie. Pięknie, bo... Przełknął gulę wzruszenia. Ten śmiały makijaż, inna niż zwykle fryzura, suknia odbijająca swą czerwień na policzkach Fabiany... To wszystko sprawiło, że na moment przestał pamiętać o oddychaniu. Dopiero stłumiony chichot Aliji, dobiegający gdzieś z boku, przywrócił go do rzeczywistości.
– A biżuteria? Zapomniałaś? – spytał Aliję, nie spuszczając oka ze swojej partnerki. Nie mógł przestać na nią patrzeć, nawet na sekundę nie odwrócił wzroku.
– Nie noszę biżuterii – odpowiedziała coraz bardziej zawstydzona Fabiana. – Na plecach jest złoty łańcuszek, wystarczy.
– Na plecach – powtórzył odruchowo Karim.
Podszedł do Fabiany, delikatnie chwycił ją za łokieć i pociągnął, żeby się obróciła. Aż go zatchnęło, gdy ujrzał jej nagie plecy i złoty paseczek biegnący od karku i znikający gdzieś na dole głębokiego dekoltu, sięgającego do małych wgłębień nad szczytami pośladków. Gdyby mógł, pobiegłby do łazienki, albo nad brzeg morza i wskoczył w zimną toń, żeby się ostudzić.
– Chyba wystarczy? – zapytała Fabiana, skrępowana do granic jego milczeniem i ciężkim oddechem, który czuła na obnażonym ciele.
– Wystarczy – potaknął. Był w takim stanie, że zgodziłby się na wszystko. Nawet gdyby Fabiana oświadczyła, że pójdzie bez butów albo w cylindrze.
– I jak? Chan jest zadowolony z mojej pracy? – wtrąciła nieśmiało Alija.
– Chan jest bardzo zadowolony – mruknął Karim. Fabiana nie wytrzymała ciśnienia i parsknęła śmiechem. Bawiło ją, gdy ktoś zwracał się do niego w trzeciej osobie, a jeszcze bardziej, gdy on sam tak mówił. – Cieszy mnie twój dobry humor – skwitował, starając się odzyskać rezon.
Pod rezydencją czekała już na nich limuzyna z Radikiem w roli kierowcy. Fabiana rozsiadła się wygodnie i spytała, czy na razie może zdjąć niezbyt wygodne buty.
– Alija mówiła, że to dwie godziny jazdy samochodem.
– Zdejmiesz później – odpowiedział Karim i szelmowsko się uśmiechnął. Czuł, że on też ją zaskoczy.
– Popłyniemy tam? – spytała parę minut później, gdy dotarli do małej prywatnej mariny, gdzie cumował jacht motorowy Karima.
– Owszem. W godzinę będziemy na miejscu – powiedział, patrząc w jej oczy, błyszczące szczęściem jak u dziecka.
Wysiadła z limuzyny i podeszła bliżej. Wzięła głęboki wdech, bo wszystko ją zachwycało. Gwiazdy odbijały się od lustra wody, a wokół panowała niczym nie zmącona cisza. Nagle, gdzieś z zakamarków pamięci dotarło do niej wspomnienie wieczoru w Savonie. Wzdrygnęła się, a dłonie natychmiast pokryła mgiełka wilgoci.
– Zimno ci? – zapytał Karim, stając tuż za nią.
– Nie... Ja tylko... – nie dokończyła.
– Chodź. – Wyciągnął dłoń.
– Jeszcze nigdy nie płynęłam jachtem – powiedziała, wstępując za nim na trap.
– Cierpisz na chorobę morską? – spytał Karim.
– Nie wiem. Chyba nie. – Zaśmiała się cicho.
Podróż minęła szybko, bo Fabi poprosiła, żeby Karim trochę ją oprowadził po jachcie. Zajrzeli do małej sterówki, poznała kapitana, porozmawiali, a nawet przez chwilę kapitan Jugnot pozwolił jej potrzymać stery. Niestety przyjęcie nie okazało się być równie ekscytujące. Nikogo nie znała, większość gości mówiła po rosyjsku, a ci nieliczni, którzy władali francuskim lub angielskim, też woleli rozmawiać w języku gospodarza. Igor Baryszkow obchodził siedemdziesiąte urodziny, więc i grono zaproszonych osób nie grzeszyło młodością. W zasadzie Fabiana dosyć szybko stwierdziła, że prócz Karima nie ma z kim zamienić słowa. Owszem, zauważyła kilka młodziutkich dziewczyn, wystrojonych i błyskających niezliczoną ilością biżuterii, ale nie miała śmiałości podejść do nich, tym bardziej, że nie wyglądały na zainteresowane jej skromną osobą.
Dreptała za Karimem lub stała obok niego, gdy z kimś rozmawiał i bez słowa sączyła szampana. „Zasnę tu z nudów” – pomyślała, widząc kolejnego Rosjanina, który chciał zamienić kilka słów z Kasymowem. Jak prawie wszyscy obecni, ten też był dosyć tęgi i ubrany w przyciasny smoking. I koniecznie złoty sygnet na serdecznym palcu! O tak, wszyscy mieli sygnety, jakby się umówili. Przedstawił się, ona też, wtedy cmoknął ją w dłoń obrzydliwie wilgotnymi ustami, skomplementował, rzucając banałem: „Karimie, twoja pani to prawdziwa piękność” i to było na tyle, jeśli chodzi o jakąś interakcję. Po godzinie tej wątpliwej rozrywki zaczęła żałować, że tu przyszła. Nie interesowało ją wykwintne jedzenie, tańce jeszcze się nie zaczęły, a w rogu wielkiej balowej sali przygrywał kwartet smyczkowy, którego absolutnie nikt nie zauważał. Równie dobrze muzycy mogli wstać, schować instrumenty do futerałów i wyjść.
Była niczym cień Karima, bo wyraźnie ją poinstruował jeszcze na jachcie: „Nie oddalasz się, nie znikasz w toalecie na pół godziny, nie pijesz za dużo, nie wdajesz się w rozmowy”. Tak... Zwłaszcza to ostatnie „przykazanie” ją rozbawiło, chyba że liczył na jej ukrywaną dotychczas biegłą znajomość rosyjskiego. Snuła się za nim, odmawiając kelnerom, którzy co rusz proponowali a to kolejny kieliszek Dom Pérignon, a to fikuśne tartinki, ewentualnie kawior z bieługi.
Rezydencja Igora oszałamiała przepychem. W zasadzie był to prawdziwy pałac, z kilkoma salami balowymi i sypialniami niczym w Wersalu. W holu wisiały niezliczone obrazy, a biedna Fabiana nie zdążyła nawet na nie popatrzeć. Nie interesowała się specjalnie sztuką, ale dzisiaj wszystko zdawało się być lepsze od tego okropnego przyjęcia. Na dodatek ktoś ustawił klimatyzację na najniższą możliwą temperaturę i było jej coraz zimniej. Z zazdrością patrzyła na marynarki gości.
– Mogę iść pozwiedzać rezydencję? – Nachyliła się, żeby szepnąć Karimowi swoją prośbę. Od razu spojrzał na nią czujnie i zmarszczył czoło. – Obiecuję, że się nie zgubię. Pójdę pooglądać obrazy, a potem na chwilkę wyjdę do ogrodu.
– W porządku – mruknął bez kropli entuzjazmu. – Kiedy wrócisz?
– Pół godzinki i jestem z powrotem.
– Okej. – Odsunął rękaw i spojrzał na zegarek.
– Przepraszam, zostawiam panów na chwilę – powiedziała po francusku Fabiana, rzucając okiem na entego rozmówcę Karima. „Może zna choć podstawowe zwroty” – pomyślała, nie czekając na reakcję.
Zostawiła obu panów i poszła w stronę jednego z wyjść z sali. Odetchnęła z ulgą, gdy ucichł nieznośny gwar rozmów. Spacerowym krokiem przechadzała się po holu, ale tu było jeszcze chłodniej, bo zabrakło ciepła bijącego od rozgrzanych alkoholem ciał gości. Postanowiła spędzić całe swoje krótkie „wychodne” na zewnątrz. Obcasy szpilek wybijały coraz szybszy rytm na marmurowych posadzkach. Lokaje usłużnie otworzyli przed nią drzwi i już... Była wolna.
– Jak ciepło... – jęknęła z zachwytem.
Zeszła z kilkunastu szerokich schodów i obróciła się, żeby móc jeszcze raz podziwiać okazałą bryłę budynku. Zadarła głowę. Oświetlone od dołu pilastry i gzymsy tworzyły przepiękną, harmonijną kompozycję. Musiała przyznać, że Igor Baryszkow miał doskonały gust, lub raczej ogromne pieniądze, którymi opłacił twórców tej architektonicznej perły.
– Imponujące, prawda? – Młodzieńczy głos dobiegł zza jej pleców.
Natychmiast się odwróciła, żeby zobaczyć z czyich ust padły słowa. Wysoki blondyn, na oko w jej wieku, podszedł bliżej i rozciągnął twarz w uśmiechu. Próbowała po stroju ocenić, czy jest jednym z gości Igora, czy może kimś z licznej obsługi. Niestety biała polówka i sprane dżinsy, choć wyglądały na świeże, nie pasowały jej do żadnej z tych dwóch grup.
– Eric Tardieu – przedstawił się i lekko skłonił głowę.
– Fabiana Czekaj – odwzajemniła powitanie, dopiero po chwili reflektując się, że nie powinna zdradzać komuś obcemu prawdziwego imienia i nazwiska. Ukradkiem spojrzała na oddaloną o kilkanaście metrów bramę wjazdową i z ulgą spostrzegła, że stoi tam co najmniej sześciu strażników. Mogła czuć się bezpieczna, ale na wszelki wypadek postawiła mały krok do tyłu. – To prawda, wyjątkowo piękny budynek – zagaiła ostrożnie, jeszcze nie do końca przekonana, czy wolno jej rozmawiać z tym młodym, szczupłym Francuzem.
– Przepraszam, że cię zaczepiłem. – Uśmiechnął się, wyraźnie skrępowany. – Widzę, że chyba przeszkadzam.
– Nie przeszkadzasz. Wyszłam na chwilę zaczerpnąć...
– Ciepłego powietrza – dokończył za nią i wskazał brodą na jej ramię pokryte gęsią skórką.
– O tak! – Parsknęła pod nosem. – Igor zafundował nam wszystkim niezłą krioterapię.
– Nie jestem gościem – sprostował natychmiast Eric. – Pracuję w firmie dostarczającej bieliznę stołową.
– Bieliznę?
– Tak. Obrusy, napperony, laufry... – wymienił kilka dziwnie brzmiących nazw. – Przywiozłem dodatkowy zapas, bo ktoś zamówił zbyt mało.
– Aha.
– Zaczepiłem cię, bo jesteś bardzo podobna do mojej znajomej. Szczerze mówiąc w pierwszym momencie myślałem, że to ona. Chodziliśmy razem do szkoły.
– Obawiam się, że to jednak nie ona. – Fabiana puściła mu oczko.
– Pochodzisz z Rosji?
– Z Polski.
– Ach tak? – Znów się uśmiechnął. – Dla mnie wszystkie słowiańskie języki brzmią tak samo. I akcent też.
– Mój wykładowca francuskiego byłby załamany – zażartowała.
– A może pójdziemy na spacer? – zaproponował.
– Spacer? – Fabiana natychmiast się spłoszyła.
– Tu, niedaleko. Za wschodnim skrzydłem jest cudowny park. – Pokazał ręką. – Nie bój się, tam też są goście. I kelnerzy. – Popatrzył na jej pusty kieliszek po szampanie.
– Zgoda.
Spacerowali noga za nogą, odkrywając, że mają wspólne tematy do rozmowy, a dokładnie jeden temat. Eric pasjonował się fotografią i zaliczył już kilka małych sukcesów. Od razu stwierdził, że Fabiana jest wyjątkowo fotogeniczna.
– Chętnie zaproszę cię na sesję. Może w plenerze? Pojedziemy w góry, albo popłyniemy na wyspę Świętej Małgorzaty. Tam jest odpowiedni klimat. Ruiny... – Cmoknął z zachwytem.
– Chętnie, ale nie skorzystam – odparła, czując, że chyba ma szczęście do fotografów, których nie interesują damsko–męskie sprawy. Eric miał miękki, łagodny głos, poruszał się ze specyficzną kobiecą gracją i zdecydowanie zbyt często gestykulował. „Gej na sto procent” – postawiła bezgłośnie diagnozę.
– Trudno, ale numer telefonu musisz mi dać. Gdybyś zmieniła zdanie, zadzwonisz.
– Obawiam się, że na to też nie możesz liczyć – odparła, dbając o to by jej głos brzmiał lekko i wesoło.
– Taki zazdrośnik? – Eric spojrzał na nią z ukosa.
– Uhm...
Rzeczywiście, gdy obeszli skrzydło pałacu, ujrzała idealnie przystrzyżone krzewy, trawnik gładki niczym dywan, a w oddali lśniącą taflę basenu. Tu i ówdzie kręcili się goście. Stali w większych grupkach lub spacerowali, pijąc alkohole roznoszone przez kilku wszędobylskich kelnerów. Eric zatrzymał jednego z nich, ustawił na tacy kieliszek Fabiany i wręczył jej pełny.
– Wypij moje zdrowie – poprosił.
– A ty?
– Muszę wrócić firmową furgonetką.
– No tak.
– Chodź, pokażę ci, co jest na dnie basenu. – Kiwnął ręką.
– A coś tam jest?   

– Zobaczysz...