sobota, 18 lutego 2017

Kryształowe serca - rozdział 3

Rozdział 3


Straciła poczucie czasu. Gdy się obudziła, nie miała pojęcia, która może być godzina, za to doskonale zdawała sobie sprawę, że nie jest u siebie w mieszkaniu na Bemowie. W pokoju panował mrok, jedynym źródłem światła była maleńka zielona lampka w rogu pomieszczenia, tuż pod sufitem. Choć słaba, wystarczyła, żeby móc dostrzec umeblowanie pokoju. Fabiana usiadła na łóżku, a chwilę później zasłony rozsunęły się z cichym szelestem jedwabiu sunącego po dywanie. Rolety powoli podjechały w górę i za moment pokój zalały słoneczne promienie.
Dopiero teraz mogła ocenić w pełni jego piękno i prostotę. Widziała, że ktoś kto projektował tę sypialnię, był artystą. Łóżko, a raczej szerokie łoże z czterema kolumnami i czymś w rodzaju baldachimu z cienkiej szyfonowej tkaniny, komoda, okrągły stolik oraz stojące przy nim dwa wygodne fotele z podłokietnikami, witryna z książkami – wszystkie meble wykonano z bardzo jasnego drewna i polakierowano tak naturalnie, żeby podkreślić dyskretnie odcinające się słoje.
Fabiana opuściła nogi na miękki, kremowy dywan i przez chwilę wpatrywała się tępo w długie włókienka uginające się pod najmniejszym naciskiem jej stóp. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć. I co zrobić. Podniosła głowę. Do jej nosa doleciał delikatny zapach róż. Stały w kryształowym wazonie, a ich płatki o barwie kości słoniowej, kołysały się lekko poruszane powietrzem z klimatyzacji. Tuż obok wazonu leżała jej torebka, a na fotelu kożuszek i szal.
Odwróciła się, żeby zobaczyć co znajduje się naprzeciw okien zajmujących prawie całą ścianę. Zauważyła uchylone drzwi i od razu domyśliła się, że to łazienka. Wstała ostrożnie, pełna obawy, że przeżycia z ostatniej doby osłabiły ją zbyt mocno i zemdleje lub zasłabnie. Zarejestrowała, że łazienka w niczym nie ustępuje szykowi sypialni, ale to nie miało dla niej większego znaczenia. „Uwięzili mnie” – pomyślała, patrząc na swoje odbicie w lustrze.
Nadal na jej twarzy widniały ślady uderzenia, a siniak pod okiem zaczął zmieniać kolor z fioletowego na zielonkawy. Miała w torebce korektor, mogła to zamaskować, ale po co? „Jakie to ma znaczenie, jak wyglądam?” – westchnęła żałośnie w duszy. Obmyła twarz zimną wodą i wytarła do sucha miękkim ręcznikiem. Czuła się tak bardzo zmęczona, że nie miała siły, żeby wziąć prysznic. Przysiadła na krawędzi wielkiej, okrągłej wanny i powoli wędrowała spojrzeniem po wnętrzu. Ktoś przygotował kosmetyki, szczoteczkę do zębów, jakieś myjki, jeszcze zafoliowane, kilka ręczników, a nawet puszysty szlafrok.
„Uwięzili mnie. Porwali – powtórzyła w myślach. – Dlaczego właśnie ja?” – nie potrafiła uwierzyć, że to co się wydarzyło, to nie senny koszmar. Długi i rzeczywisty jak jawa. Nagle jej myśli poszybowały do Olecka, do mamy. W oczach zakręciły się łzy, gdy przypomniała sobie, jak bardzo się posprzeczały i jak dawno jej nie widziała. Minął ponad rok od ich kłótni. Poszło o wspólne mieszkanie z Tymkiem. Mama nie chciała się na to zgodzić, a przecież jej ukochana Fabianka miała wtedy prawie dwadzieścia lat. „Zadzwonię do niej, muszą mi pozwolić!” – postanowiła. Wyszła z łazienki, niestety jej nadzieje, że telefon odebrany od Anki przez Radika w jakiś magiczny sposób wrócił do torebki, prysły jak mydlana bańka. Za to zauważyła walizkę. Stała za fotelem.
Ze zdumieniem odkryła, że ta obca walizka wypełniona jest jej osobistymi rzeczami. Ciuchy, dwie pary butów, kosmetyki, nawet leki, które trzymała w małym pudełku w szafce nad umywalką – wszystko poukładane schludniej, niż sama by to zrobiła. Ale najbardziej ucieszył ją laptop. Uruchomiła go, licząc że skorzysta z internetu zanim ktoś zjawi się w sypialni. Sieć Wifi pokazała się prawie natychmiast, niestety dostęp zabezpieczono hasłem.
– Gówno, gówno, gówno! – powtórzyła, wkurzona niepowodzeniami nawiązania jakiegokolwiek kontaktu ze światem. – Jak mogłaś na to liczyć? Przecież nie po to cię porwano, żebyś mogła bez problemu serfować w sieci i gadać z koleżankami na skype – wymamrotała, ze złością zamykając klapę komputera.
Zerwała się z fotela i zaczęła krążyć po pokoju. Zajrzała do szafy zajmującej prawie całą ścianę naprzeciw łóżka, żeby stwierdzić, że jest zupełnie pusta, a potem sprawdziła zawartość łazienkowych szafek. Wróciła do pokoju i dopiero po dłuższym rekonesansie spostrzegła, że szklana ściana oddzielająca pomieszczenie od tarasu otwiera się przy pomocy pilota, którego znalazła w szufladzie małej szafeczki obok łóżka.
– Łał... – westchnęła z niekłamanym zachwytem.
Stała, wsparta o kamienną barierkę i toczyła wzrokiem po horyzoncie. Jeszcze w nocy domyśliła się, że wielki dom, do którego ją wprowadzono, usytuowany był nad brzegiem morza. Czuła wyraźnie morską bryzę, a cichy szum fal słyszalny przez krótki moment przejścia od samochodu do bramy wejściowej nie pozostawiał wątpliwości. Mimo to nie spodziewała się aż tak spektakularnego widoku.
Nigdy nie była we Francji, a o Lazurowym Wybrzeżu czytała w czasopismach o celebrytach, którzy często tu odpoczywali. Nie sądziła, że sama doświadczy piękna tego miejsca, a już w równie dramatycznych okolicznościach? To było tak nieprawdopodobne, że pokręciła głową. Przeszła do narożnika tarasu i spojrzała w prawą stronę. W oddali, na wysokiej skale, lśniły mury jakiegoś budynku. Fabiana zrobiła daszek z dłoni i wytężyła wzrok, żeby lepiej dostrzec, czy to kościół, czy może jakaś inna budowla.
– To oceanarium w Monako – dobiegło zza jej pleców po francusku.
Natychmiast odwróciła się, żeby stwierdzić, że delikatny, dziewczęcy głos należy do młodej kobiety, która właśnie do niej podeszła. Oszałamiała urodą, jej ciemne, prawie czarne oczy patrzyły na Fabianę z ciekawością właściwą komuś zupełnie niewinnemu, a twarz rozpromieniał uśmiech. Była niższa od Fabiany, która też nie grzeszyła wyjątkowo wysokim wzrostem. Ot, niecałe metr siedemdziesiąt. Za mało na modelkę, ale na fotomodelkę wystarczało.
– Alija – przedstawiła się i podała Fabianie prawą dłoń. – Będę twoją osobistą asystentką, pokojówką i kim tylko zechcesz, żebym była. Witamy w Cap Martin.
– Fabiana, w skrócie Fabi – odpowiedziała spontanicznie, pomyślawszy uprzednio, że ta śniada piękność, to jeden z jej przymusowych opiekunów. – Twoja więźniarka, niewolnica, a może ofiara? Co tylko zechcesz – dodała z przekąsem.
– Dla mnie jesteś moją Fabi – oświadczyła Alija, starając się zachować spokój. – Jeszcze raz, serdecznie witam na wybrzeżu. Pięknie tu, prawda? – zagadnęła. – A w maju? Zobaczysz sama, to miejsce zamienia się w prawdziwy raj.
– W maju? – wychrypiała Fabiana. – Mam tu zostać do maja – ni to stwierdziła, ni spytała. Przytknęła dłoń do ust, żeby powstrzymać szloch, który uparcie wdzierał się do gardła. Uświadomiła sobie, że od teraz jej życie jest w czyichś rękach, a ona nie posiada nawet cienia wiedzy, co ten ktoś z nim zrobi i w jakim celu ją tu sprowadził. – Chcę wrócić do Polski. To nie jest mój raj, to moje więzienie. – Spojrzała na połyskujący bezkres morza roztaczający się przed nią, z linią horyzontu niknącą gdzieś w oddali.
– Będzie dobrze – powiedziała po chwili Alija. Chciała podejść bliżej i może nawet objąć i przytulić dla otuchy tę piękną, kruchą i bladolicą Polkę, ale wiedziała, że nie uszłoby jej to na sucho. Oko kamery dyskretnie śledziło każdy ich ruch i rejestrowało każde słowo, które padło między nimi. – Przywiozłam śniadanie. Powinnaś coś zjeść, a potem odświeżyć się po podróży. Jeśli potrzebujesz nowych ubrań, powiedz co konkretnie, a ja spróbuję jeszcze dzisiaj je dostarczyć.
– Nie jestem głodna – oznajmiła Fabiana, gdy ujrzała co przygotowała dla niej Alija. Wazon z różami, laptop i torebka – wszystko leżało na komodzie, bo na blacie stały niezliczone półmiski z przekąskami, koszyk pełen pieczywa, dzbanek i mały samowar. – Dziękuję, niepotrzebnie się starałaś – powiedziała, czując jak w przełyku rośnie jej wielka gula.
To działo się jak w baśni o Jasiu i Małgosi, ktoś zamierzał dbać o nią, karmić i dostarczać jej wszystkiego, co tylko zapragnie. Ale nie ma nic za darmo. Wiedziała, że zapłaci za tę troskę. Nie znała tylko formy tej zapłaty i nawet nie chciała o niej myśleć. Z każdą chwilą coraz boleśniej docierało do niej, że jej życie będzie przypominało wegetację zwierzątka hodowanego dla ładnego futerka lub smacznego mięsa.
– Zjedz cokolwiek, choć małą tartinkę. – W głosie Aliji zabrzmiała gorąca prośba. – Zrobiłam kawę i świeży czaj. W dzbanuszku jest mleko. – Pokazała. – Nie wiem, co lubisz pić do śniadania. Może kakao? Musisz mi powiedzieć – mówiła łagodnie, jak do dziecka.
– Zjem, a potem wy zjecie mnie – odparła Fabiana, siadając na brzegu łóżka.
– Co ty mówisz? – Alija nie wytrzymała. Przysiadła tuż obok i ujęła jej dłoń. – Nikt cię tu nie zje.
– Zje, czy nie zje... – parsknęła gorzko Fabi. – To była przenośnia. Nie rozumiesz? – Podniosła szkliste spojrzenie na Aliję. – Przecież nie jestem tu z własnej woli. Nie wiem, po co mnie porwano i kto to zrobił, więc jak mam się dobrze czuć? Mieć apetyt? A może pobiec na plażę i zatańczyć ze szczęścia, że trafiłam do raju? – żachnęła się. – Proszę, zabierz to wszystko i zostaw mnie samą.
– Wyjdę, ale jedzenia nie zabiorę. Chan by mnie... – zamilkła nagle. – Zostawiam ci śniadanie. Czaj tak szybko nie stygnie, więc gdybyś się namyśliła...
– Idź już – przerwała Fabiana i wysunęła dłoń spomiędzy palców Aliji.
– Dobrze.
Minęły trzy dni. Pierwszy ciągnął się niczym senny koszmar. Fabiana obudziła się, mając wrażenie, że sufit leży na jej piersiach i nie pozwala oddychać, odbiera siły. Nazajutrz postanowiła, że musi jakoś oznaczać czas, żeby nie zwariować, nie zatracić się zupełnie. Znalazła w torebce długopis, a jedną z książek wykorzystała jako prowizoryczny kalendarzyk. Narysowała tabelkę, opisała dni tygodnia i miesiąca, i już: znów nie miała nic do zrobienia. Poddała się, jeśli mowa o jedzeniu. Wprawdzie dopiero drugiego dnia i późnym wieczorem, ale jednak.
Musiała przyznać, że Alija wychodzi z siebie, żeby przychylić jej nieba. Zapełniła szafę stosem markowych ciuchów, głównie zwiewnymi sukienkami, pastelowymi sweterkami i mnóstwem innych fatałaszków i dodatków, większość w landrynkowym stylu. Akurat to jej nie wyszło, bo Fabiana nigdy nie gustowała w takich rzeczach, na szczęście kilka ubrań przypominało te, które nosiła w Warszawie, więc z nudów poukładała je razem ze swoimi na dwóch półkach, a pozostałe wisiały na wieszakach, smutne i niedocenione w swojej cukierkowej słodyczy. Fabiana przekazała Aliji, że nie potrzebuje tylu ciuchów i żeby je zabrała, ale ta odmówiła. Wyposażenie pokoju wzbogaciło się o telewizor, a ona sama zabawiała swoją podopieczną niezobowiązującymi pogawędkami o modzie, życiu w Cap Martin, pogodzie i towarzyskich skandalikach, które czasami tu się zdarzały.
Fabiana próbowała cokolwiek wysondować, oczywiście interesowały ją głównie: cel jej pobytu i osoba, która za tym stała, lecz Alija zgrabnie zmieniała temat lub ignorowała te pytania. Podobnie jak prośby o zwrot telefonu komórkowego i dostęp do sieci Wifi.
– Dzisiaj wieczorem odwiedzi cię Karim – oznajmiła trzeciego dnia, zaraz po lunchu.
– Karim – powtórzyła po niej Fabiana. Patrzyła, jak Alija zgrabnie i szybko zbiera puste naczynia i układa je na małym wózku kelnerskim.
– Tak. To nasz Chan. Właściciel tego domu i mój pracodawca – wyjaśniła pozornie beznamiętnie Alija.
– Rozumiem. – Fabiana pokiwała głową. – Czas zacząć odcinać kupony. Koniec tuczenia Jasia i Małgosi.
– Słucham? – Alija uniosła kruczoczarne brwi, do złudzenia przypominające połyskiem skrzydła jaskółki.
– Nie znasz tej baśni, więc ci opowiem. Jest krótka.
– Karim nie zrobiłby krzywdy żadnej kobiecie i dziecku – uprzedziła od razu Alija, jakby wyczuła piątym zmysłem puentę tej historii.
– Nie wiem jaki jest Karim. I chyba nie mam ochoty go widzieć.
– Nie musisz mieć – oznajmiła Alija.
Tym razem nie została, żeby jak co popołudnie pogawędzić z Fabianą i wypić czarkę słodkiego jak ulepek czaju. Zostawiła ją samą, wpadła tylko na moment koło szóstej, żeby przekazać, że Karim zmienił plan i zaprasza do jadalni na powitalną kolację o ósmej, i że po nią przyjdzie kwadrans przed spotkaniem.
– Pocałuj się w dupę – powiedziała do siebie Fabiana, gdy zamknęły się drzwi za Aliją. – Nigdzie nie idę. Sama sobie zjedz kolację z Karimem.
To samo przekazała jej dwie godziny potem. I choć Alija prosiła, a nawet uciekła się do szantażu, mówiąc: „Twój opór sprawi, że będę mieć kłopoty”, jej starania spełzły na niczym. Fabiana wzięła prysznic, założyła najbrzydszy dres, jaki znalazła w przepastnej szafie, czyli coś w paskudnym kolorze khaki, na dodatek upstrzone złotymi ćwiekami i walnęła się na łóżko z książką. Oczywiście nie zapamiętałą nawet jednego zdania. Leżała, nasłuchując dźwięków dobiegających jedynie zza okna, bo szczelne, grube drzwi nie przepuszczały niczego z wnętrza domostwa. W końcu książka wypadła jej z rąk, a poczerwieniałe od łez oczy skryły się litościwie pod powiekami.

***
Ciszę poranka przeciął ostry jak nóż, głos: „Natychmiast wracaj do kuchni i żebym cię nie widział przez najbliższe dwie godziny”. Dudnił w całym domu, odbijał od ścian i wprawiał w drżenie szybki, mijanych przez Karima szklanych witrynek z ustawioną w idealnie równych rządkach, rosyjską porcelaną.
To Aliji się dostało. Próbowała uprosić pana, żeby to ona mogła obudzić Fabianę, podać jej śniadanie i wtedy ponowić jego zaproszenie, ale źle trafiła. Zeszłego dnia Karim był zmęczony, więc z wyrozumiałością przyjął odmowę swojego gościa. Niestety rankiem myślał o tej sytuacji zgoła inaczej. Całe życie hołdował kazachskiej tradycji bycia gościnnym za wszelką cenę i bez względu na zachowanie gości, lecz tym razem te zasady się nie sprawdziły. Bez pardonu wszedł do sypialni Fabiany i głośno zatrzasnął za sobą drzwi. Z niekłamanym rozbawieniem obserwował, jak bardzo się wystraszyła jego nagłym przybyciem. Siadła na łóżku, zakrywając się kołdrą niemalże po uszy, a jej wytrzeszczone ze strachu oczy, zdawały się ledwie tkwić w oczodołach. Nawet zaśmiał się krótko, choć przypominało to bardziej chrapliwe szczeknięcie starego psa niż śmiech. Przygotował się na jej widok, mimo to wzruszenie ścisnęło mu gardło, bo przecież była taka podobna...
Czujniki ruchu już zadziałały. Pokój wypełniła fala oślepiającego światła, mimo że zegar wskazywał dopiero szóstą rano. Trudno, Karim nigdy nie lubił późno wstawać, a skoro jego gość odmówił zjedzenia wspólnej kolacji, może wspólne śniadanie dojdzie do skutku.
– Dzień dobry – powiedział, siadając na fotelu. Rozparł się wygodnie i spojrzał na nią.
Ona też go obserwowała. Musiała przyznać, że z ogromnym zaciekawieniem. Spodziewała się kogoś w typie urody Aliji, zwłaszcza gdy ta zdradziła parę pobieżnych informacji co do pochodzenia Karima, Radika, i swojego. Fabi wiedziała, że oni wszyscy wywodzą się z południowego Kazachstanu, a to oznacza śniadą oliwkową cerę, czarne włosy, takież oczy i ich oprawę. Alija powiedziała, że jej pan liczy sobie trzydzieści lat, od zawsze był wielkim mężczyzną, ma niecałe dwa metry wzrostu i jest potężnie zbudowany, ale to stanowiło tylko część porażającej fizjonomii Karima. Fabiana nie myślała zbyt wiele o wyglądzie właściciela tego domu, sądziła, że żyjąc w jednym z najbardziej wysoko cywilizowanych krajów Europy, mieszkając wśród bardzo bogatych ludzi, elity towarzyskiej i finansowej, będzie starał się upodobnić do nich. Jakże się myliła...
Karim zawsze występował w swoim stałym zestawie, czyli wojskowych butach, czarnych spodniach i takiej koszulce, opinającej ciasno jego muskulaturę. Nie inaczej było dzisiejszego poranka. Potarł kanciastą szczękę, żałując, że musiał zgolić brodę. Lubił ją nosić, otaczała czarnym gąszczem jego wydatne usta i doskonale kontrastowała z lśniącą jak lustro czaszką. Od jej szczytu, przez czoło, aż do linii podbródka po lewej stronie twarzy biegła pogrubiała, teraz już nieco jaśniejsza niż kiedyś, czerwonawa szrama. Ale nie to wprawiło Fabianę w największy szok.
– Dzień dobry – wybąkała, nie mogąc oderwać oczu od czarnej przepaski na prawym oku Karima. „Jednooki troglodyta” – ochrzciła go w duchu.
– Niedobry, gdy gość odmawia gospodarzowi wspólnej biesiady. Wczoraj dużo straciłaś – oznajmił nieco mniej tubalnym głosem niż przed chwilą. – Nie ma większego przysmaku niż pieczona barania głowa. Przeznaczyłem dla ciebie prawe oko, lecz nie dopisałaś, więc zjadłem oba.
– Przepraszam, źle się czułam – odpowiedziała po namyśle. Nie potrafiła wyczuć, czy Karim próbuje z niej żartować, mówiąc o głowie nieszczęsnego barana, czy naprawdę to jakiś ich kaukaski przysmak.
– A teraz?
– Teraz?
– Jak się czujesz? – powiedział niecierpliwie.
– Dobrze. Dziękuję – dodała naprędce, żeby go ułagodzić.
– Doskonale. Wobec tego zapraszam na śniadanie. Za dwie godziny, w moim gabinecie. Alija cię zaprowadzi – oznajmił, jakby zamierzał zaraz wstać i wyjść, ale siedział bez ruchu i świdrował ją wzrokiem.
– A co, jeśli odmówię? – powiedziała, z trudem panując nad drżeniem głosu.
– Zjem sam – odparł.
Zapadło milczenie. W głowie Fabiany tłoczyły się myśli, niezadane pytania rozpychały czaszkę, lecz strach nie pozwalał ich wyartykułować. Ta beznamiętna obserwacja, której doświadczała ze strony Karima i cisza panująca w pokoju były tak nieznośne, że w końcu wybąkała, że przyjdzie na śniadanie. Dopiero wtedy Karim podniósł się z fotela i wyszedł, nie mówiąc ani słowa.
Opadła na łóżko, ledwie zamknął za sobą drzwi. Próbowała się uspokoić, ale napięte jak postronki nerwy nie wytrzymały. Gdy pięć minut przed ósmą do sypialni przyszła Alija, zastała swoją podopieczną na tarasie. Postarała się wyglądać elegancko i schludnie. Założyła błękitny sweterek, który podkreślał miedziano-złocisty blask jej włosów, a dopasowane czarne spodnie opinały się na zgrabnych pośladkach. Mimo to, spuchnięte powieki Fabiany nie pozostawiały złudzeń, jak spędziła dwie godziny od wyjścia Karima.
– Chodźmy – powiedziała Alija.
– Chodźmy.
Szybko dotarły do gabinetu Karima. Alija próbowała w trakcie schodzenia na parter zainteresować podopieczną architektonicznymi detalami wielkiej, dosyć wiekowej i przepięknej rezydencji, którą Karim kupił kilka lat wcześniej i odrestaurował, wydając na ten cel ogromną sumę, ale Fabianie nie w głowie było podziwiać gięte poręcze schodów czy imponujące żyrandole z kryształowego szkła. Chciała jak najszybciej odbębnić tę farsę, czyli pozornie dobrowolny udział we wspólnym śniadaniu z gospodarzem.
Niemal dwugodzinny płacz nieco ją rozładował, ale nie do końca. Usiadła przy niewielkim okrągłym stole, a gdy Alija wyszła, hardo podniosła brodę. Karima jeszcze nie było w gabinecie, więc mogła spokojnie się rozejrzeć. Bynajmniej nie w celu podziwiana pomieszczenia, a raczej pod kątem ewentualnej ucieczki. Ten pokój wyraźnie należał do mężczyzny i świadczyły o tym nie tylko boazeria z prawie czarnego drewna, wielkie i masywne biurko, czy brak jakichś bibelotów. Najlepszą wskazówką były oszklone gabloty z niezliczoną ilością białej broni oraz skóry i inne zwierzęce trofea, otaczające Fabianę i wywołujące u niej obrzydzenie. Nie znosiła takich „pamiątek”. Kojarzyły się jej wyłącznie ze śmiercią niewinnych i częstokroć zupełnie bezbronnych stworzeń.
Spuściła wzrok na zastawiony po brzegi stół, myśląc, że z pewnością niczego nie przełknie ze smakiem w takim miejscu. Na szczęście wszystko wyglądało w miarę zwyczajnie, wśród licznych półmisków nie zauważyła żadnego z zawartością przypominającą głowę barana czy innego zwierzęcia.
– Jesteś! – Głos Karima przeszył ciszę. Podszedł energicznie do niej i lekko skłonił głowę. – Witaj. Jestem Karim Kasymow, gospodarz i właściciel tego domu. Przepraszam, że nie przedstawiłem się wcześniej. – Stał, czekając na jakikolwiek ruch z jej strony.
– Fabiana Czekaj, uprowadzona siłą i przetrzymywana wbrew jej woli w tym domu – odpowiedziała, nie obdarzając go nawet jednym krótkim spojrzeniem, a co dopiero mówić o podaniu ręki.  
W końcu usiadł naprzeciw niej, myśląc, że będzie musiał złamać ten opór, którego błyski zauważył na dnie jej seledynowych oczu.
– Czemu nic nie jesz? – zapytał po kilku minutach. On sam zdążył już pochłonąć pięć croissantów, kilka sadzonych jaj z bekonem oraz miseczkę sałatki z ryżu i duszonej jagnięciny. Oczywiście wypijając na koniec niezliczoną ilość czarek z czajem i mlekiem.
– Nie mam apetytu – oznajmiła, odrywając wzrok od pustego talerza, stojącego przed nią.
– Nie masz apetytu? – Uniósł gęstą, szeroką brew. Jego twarz na krótki moment okrasił grymas uśmiechu. – Tak ci tu źle?
– A tobie byłoby dobrze, gdyby ktoś cię porwał i zamknął na cztery spusty w złotej klatce? – wypaliła z gniewem. – Nie wiem dlaczego to zrobiłeś i co mnie czeka. Nie wiem, co dzieje się z Tymonem, moim chłopakiem – dodała, chociaż była pewna, że Karim świetnie zna sytuację. – Kim jestem? Kim mam być dla ciebie? Lub raczej „czym”? – zapytała przez coraz mocniej ściśnięte gardło. – Nie krępuj się, po prostu powiedz, co planujesz. Chyba, że trzymanie mnie w niepewności to jakaś kara, ale za co? Co ci zrobiłam? Co zrobił Tymon? Gdzie on teraz jest? – wykrztusiła z siebie ostatnie pytanie i zamilkła, czując, że jeszcze jedno słowo i wybuchnie płaczem, a tak bardzo nie chciała okazać przy nim słabości.
Karim nałożył na swój talerz łyżkę złocistego miodu, sięgnął po kolejnego croissanta, zanurzył go w miodzie i ze spokojem zaczął przeżuwać. Przełknął ostatni kęs, otarł usta serwetką i rozparł się wygodnie na krześle.
– Możesz wychodzić z pokoju, mój dom stoi przed tobą otworem, włącznie z tym gabinetem. Podobnie ogród, cała posesja, również z moją prywatną plażą. Wyjątek stanowi jurta, ale poza nią możesz chodzić wszędzie. Nikt cię nie ogranicza, sama zdecydowałaś, żeby siedzieć w sypialni i nie wychylać z niej nosa.
– Ach tak? – odparła zaskoczona jego słowami.
Nagle uświadomiła sobie, że w drzwiach na pewno nie zauważyła żadnego zamka, a ona nigdy nie spytała Aliji, czy może wyjść z sypialni. Często spędzała długie godziny na tarasie, i jeśli można było w ogóle mówić o jakimkolwiek komforcie, właśnie tam czuła się najlepiej. Od początku jej pobytu we Francji było ciepło i słonecznie. Termometr wskazywał dwadzieścia stopni, a słońce przygrzewało znacznie mocniej, niż w Warszawie o tej porze. Odnosiła wrażenie, że jest środek maja, a nie początek kwietnia, wyjątkowo kapryśnego miesiąca w polskim klimacie.
– Masz pełną swobodę w poruszaniu się na terenie całej posesji – powtórzył Karim, rozbawiony jej miną.
– Zbytek łaski – fuknęła, poirytowana swoim gapiostwem. Już dawno mogła rozeznać się jak wygląda CAŁE jej więzienie, a nie tkwić w sypialni niczym w izolatce. – Więc po co tu jestem? Liczysz, że zapadnę na syndrom sztokholmski? – wycedziła. – Próżne nadzieje.
– A co to takiego? – Przekrzywił głowę. – Ten syndrom.
– Serio?! Nie wiesz? – Wywróciła oczami. – Poszukaj w google.
– Jesteś bezczelna – powiedział, wywołując u niej gęsią skórkę. – Nie lubię tego. Zwłaszcza u kobiet.
– Wypuść mnie, nie będziesz musiał tego znosić – odparła, choć nieco mniej ironicznym tonem.
– Kiedyś odzyskasz wolność, a na razie musisz przywyknąć do częściowo ograniczonej swobody. I jeszcze jedno, gdy cię zapraszam na kolację czy śniadanie, masz się stawiać i dotrzymywać mi towarzystwa – odpowiedział, siląc się na spokój.
– Kup sobie psa do towarzystwa – palnęła. Nie odpowiedział. Skrzywił się nieznacznie, a opuszki palców jego dłoni przebiegły raz czy dwa po blacie stołu. – Co z moim telefonem? Po co wzięliście tutaj mojego laptopa, skoro nie mogę połączyć się z netem? A gdzie odpowiedź na wszystkie moje poprzednie pytania?
– Kiedyś je poznasz. Jesteś moją... – zatrzymał się na moment, szukając w myślach odpowiedniego sformułowania – polisą ubezpieczeniową. Tak, to chyba najwłaściwsze określenie. Bez obaw, włos ci tu z głowy nie spadnie, ale bezwzględnie oczekuję współpracy i subordynacji. Nie próbuj uciekać, nie buntuj się i słuchaj poleceń, zarówno moich jak i innych osób, które tu mieszkają i pracują.
– Polisą? – powtórzyła po nim, oburzona. – Jaką polisą?! Jestem człowiekiem! A co z Tymonem? On też jest polisą?
– Jeśli mowa o tym młodzieńcu... – zaśmiał się cicho Karim. – To zwykły idiota, nie żadna polisa, ale masz nieco racji. Jego zdrowie i życie zależy od twojego posłuszeństwa. Będziesz grzeczna, twój przyjaciel nie ucierpi. Nie musisz się martwić o niego, a przynajmniej nie powinnaś. To łotr i nieudacznik, i chociaż tego nie rozumiem, szanuję twoje uczucia wobec niego.
– Przetrzymujecie go gdzieś – powiedziała, licząc że Karim to potwierdzi.
– Mamy na niego oko – odparł.
– Muszę skorzystać z telefonu: zadzwonić do mamy, na uczelnię, do mojego fotografa, do rodziców dziewczynki, której udzielam korepetycji z angielskiego – zaczęła wymieniać, ale Karim uciszył ją gestem dłoni.
– Sprawdziłaś pocztę w laptopie?
– Nie.
– To sprawdź, a skoro chcesz mieć telefon, zgoda, zaraz po śniadaniu polecę Radikowi, żeby ci go przyniósł.
– Cudownie. Jesteś bardzo wspaniałomyślny. Dobry pan, a mógł zabić... – prychnęła.
– Słucham? – Przymrużył powiekę.
– Mój telefon jest na kartę, a tu raczej brakuje mi możliwości, żeby ją doładować. – Wydęła usta, bo zgoda Karima była tak samo pozorna, jak jej wolność w tym miejscu. 
– Dostaniesz inny aparat, z którego będziesz mogła zadzwonić do matki. Czy to cię satysfakcjonuje?
– A jeśli wszystko jej opowiem?
– Cóż za nagły przypływ miłości? Nie rozmawiałaś z matką ponad rok, więc?
– Jezu... – jęknęła Fabiana. Przepełniała ją taka złość, że gdyby mogła, skoczyłaby do Karima i wydrapała mu to jedno oko, którym ją świdrował.
– Jesteś mądrą dziewczyną – odpowiedział po chwili. – Ufam, że nie nadużyjesz mojej dobroci i szacunku, z jakim cię tu traktujemy. Nigdy nie podniosłem ręki na kobietę i na dziecko i nie chciałbym, żeby to się zmieniło. A teraz posłuchaj mnie i zjedz śniadanie – polecił.
– Jak dobrze zrozumiałam, nie mogę zdradzić mamie miejsca mojego pobytu?
– Dobrze zrozumiałaś. Uwierz, to nie tylko kwestia bezpieczeństwa Tymona czy mojego, ale głównie twojego.
– Coś mi groziło w Polsce?
– Nie coś, a ktoś.
– Czy to ma związek z wizytą tej kobiety? Dżamili?
– To nie powinno cię interesować. Najważniejsze, że jesteś tu ze mną. Bezpieczna – podkreślił. – W tym domu każdy gość może czuć się bezpieczny, nawet mój wróg.
– Ostatnie pytanie, jak długo tu będę? – Odważnie popatrzyła na Karima.
– Nie wiem, miesiąc, rok, a równie dobrze możesz zostać tu na zawsze – odpowiedział i znacząco spojrzał na nią, a potem na jej pusty talerz. – Żeby przetrwać, trzeba jeść. A może masz ochotę na coś, co my, Kazachowie, bardzo lubimy? Spróbuj lawaszy. – Wskazał brodą na placki, przypominające nieco swoim kształtem naleśniki. – Albo samsy, też smaczne i bardzo pożywne. W środku jest mięso – uprzedził, podnosząc półmisek z trójkątnymi ciastkami.
– Poproszę – odparła Fabiana. Było jej wszystko jedno, co zje. Robiła to wyłącznie z przymusu i chęci jak najszybszego powrotu do pokoju.

„Nienawidzę cię – pomyślała, zagryzając pierożek i patrząc na Karima. – Nienawidzę”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz